Latest Entries »

Słowo o Bogu i instytucjach Jego

Natchnęła mnie taka myśl. To znaczy niezupełnie znienacka, bo „natycha” mnie tak ona co jakiś czas jak widzę a to fotkę na fejsie, a to czyjś wpis na jakimś portalu czy słyszę wypowiedź w mediach. Ale zacznijmy po kolei…

Ostatnio w mediach zrobiło się głośno o dyskusji prowadzonej w Watykanie z okazji jakiegoś soboru, synodu czy czegoś o jeszcze bardziej nadętej nazwie, na temat homoseksualizmu i nie tylko. Oczywiście szumu dużo, a Kościół Katolicki doszedł do właściwej sobie, światłej i z gruntu sprawiedliwej konkluzji, że do gejów oraz lesbijek należy podchodzić z szacunkiem i delikatnością (czyli jak na mój gust, jak do osób upośledzonych) oraz że w sumie to w porządku jeśli gdzieś zamykają za homoseksualizm do więzienia. Także przełom wielki, KK taki otwarty na inność i naukowe fakty. [Jeśli ktoś chce szczegółów odsyłam do wpisu na fejsie Trzyczęściowego Garnituru] Ale nie do końca o tym chciałem rozmawiać. Otóż dziwi mnie niepomiernie, że są wciąż geje i lesbijki, które w Kościele Katolickim tkwią. Chodzą na pielgrzymki, uczestniczą we mszach, rekolekcjach i innych eventach sponsorowanych przez koloratki spod znaku papieskiej tiary. Po prostu dla mnie jest coś z gruntu patologicznego w dobrowolnym przynależeniu do instytucji, która na każdym kroku znieważa i wmawia, że jesteś (w najlepszym wypadku) chory albo po prostu zboczony. Na tym się nawet nie kończy: przecież oni w twarz mówią, że jeśli nie będzie taki homoseksualista żył w celibacie to jest skazany na wieczne, niekończące się katusze razem z ludźmi pokroju Hitlera (bo chyba tak wiele to się nie różnią).  Nie wiem, czy to jest jakiś syndrom sztokholmski czy chęć masochizmu, właściwie połączonego z sadyzmem, bo cała reszta gejów, lesbijek i ogólnie osób niewpisujących się w katolicki kanon cierpi na tym, że instytucja tak wroga jest wspierana przez własne ofiary. Pewnie ktoś mi tu powie, że chodzi o wiarę, bliskość Boga i poczucie wspólnoty… Ja dziękuję za taką wspólnotę, która bardziej przypomina stado szakali w skórach owiec. Dziękuję za społeczność gotową piętnować każdy przejaw inności. I nie wydaje mi się, żeby Bóg, jeśli istnieje, chciał aby jego dzieci piętnować ze względu na to kim są. Nie wydaje mi się, żeby Chrystus kamienował za miłość dwóch osób tej samej płci. Ale kim ja jestem, żeby się wypowiadać, ksiądz Oko na pewno zna się lepiej, w końcu robi całkiem ciekawą karierę w mediach i jest uważany za eksperta. Tak więc uważam za wewnętrznie sprzeczne i naganne przynależenie do instytucji, która piętnuje za to kim jesteś. Chyba, że rzeczywiście ktoś ma problem ze sobą na tyle poważny, że uważa iż jest z gruntu zły. Wtedy jednak odesłałbym po pomoc do psychologa, nie zaś do kaznodziei. Naprawdę, to że w Kościele Katolickim wciąż są geje i lesbijki przeraża mnie na podstawowym poziomie. Przecież wierzyć można dalej, a oczywistą niesprawiedliwość też można zobaczyć gołym okiem i nie powinno przeszkadzać, że niesprawiedliwość ta jest wypowiadana fałszywie w imię Boga.

Ostatnio do mnie dotarło kilka ciekawych rzeczy. To nie jest tak, że wcześniej o nich nie wiedziałem, bo ogólnie to chyba są raczej truizmy, ale często jest tak, że wiedza wcale nie równa się pojęciu czegoś. Pierwsza rzecz jest dość pozytywna i od pozytywu mogę zacząć.

Powiedzmy sobie szczerze – człowiek jest zwierzęciem dość prostym w całej swej złożoności. Wszelkie rozważania na temat jego natury, problemów i zachowań można strywializować, obedrzeć z całej tej filozoficznej otoczki i to co zostaje czasami okazuje się zadziwiająco prawdziwe. Nie jestem psychologiem i nie o psychologię mi tu chodzi, choć przecież to do niej się wszystko sprowadza. Ja jestem tylko prostym inżynierem, potrafię wysnuwać pewne wnioski na podstawie obserwacji i na ich podstawie wysnuwać reguły i wyjaśnienia, które może są mało dokładne, ale dla danego problemu wystarczające. Piszę to po to, aby było wiadomo, że nie poczuwam się do bycia jakimkolwiek autorytetem, a ta notka jest właściwie tylko obrazem pewnych moich przemyśleń.

Większość osób jakie znam, a szczególnie jednostki ambitniejsze niż ludzki szum tła, nie potrafią poprawnie funkcjonować bez poczucia celu i ogólnie pojmowanego wrażenia, że są użyteczni. Indywidualiści mogą się wypierać, osoby bardziej niepokorne, nihilistyczne wręcz zaprzeczać, ale prawda jest taka (według mnie oczywiście), że gdy tracimy celowość popadamy w marazm i depresję. Najlepiej widać to na przykładach ludzi, którzy od dłuższego czasu nie czuli aby ich działania miały cel i które jakiś cel w końcu znalazły. Wygląda to jakby taki ktoś odżywał, choćby wykonywał tylko mały projekt, co do którego sam nie jest pewien czy wypali. Jednak znów się taki ktoś częściej uśmiecha i mniej jojczy na cały świat. Poczucie robienia czegoś wartościowego jest budujące, podnosi samoocenę, a sukcesy na tym konkretnym polu działają lepiej niż antydepresanty. Inaczej jest gdy człowiek może nawet widzi cele, ale albo nie ma środków w ich realizacji, albo po prostu nie wie jak się do tego zabrać. Wtedy pojawia się frustracja i gorycz. Ale ogólnie trzeba umieć poukładać sobie życie na tyle, aby cel w nim jakiś dojrzeć, wtedy na ogół idzie już trochę bardziej „z górki”. 

Inną sprawą są porażki i rozczarowania. Nie twierdzę, że w małych ilościach są złe. Potrafią temperować nieco nasze ego, powściągać pewność siebie na tyle, aby nie stała się zadufaniem czy brawurą. W większej jednak ilości doprowadzają do dużego spadku samooceny i często poczucia niemożności poradzenia sobie z czymkolwiek. Byłem tam, widziałem i przeżyłem. Sukcesy z kolei udowadniają ludziom, że jednak można coś zrobić. Tak mi się wydaje, że te wszystkie górki i dołki na płaszczyźnie życia są po to, żebyśmy nie dostali znieczulicy na to co się dzieje. Ciągłe sukcesy można przestać w końcu dostrzegać. Do niekończących się porażek można się przyzwyczaić i toczyć swoje życie z dnia na dzień. Tak więc najgorsza jest chyba monotonia. 

Kolejna rzecz jest powiązana z tym o czym wspominałem wyżej. Człowiek przyzwyczaić się może prawie do wszystkiego. Robi rzeczy, które kiedyś wydawały mu się nie do pomyślenia. Czasem jest to dobre, bo może pomóc w zrozumieniu ograniczoności horyzontów, skostniałości własnych poglądów. Ale innym razem może prowadzić do rozpasania, wpadania w nałogi czy inne nieprzyjemne rzeczy. 

Można się zastanawiać skąd te wszystkie rzeczy nagle się w mojej głowie wzięły. Choć nie są odkrywcze, stanowią nawet powszechną wiedzę, to jednak z jakiegoś powodu wypłynęły na wierzch mojej świadomości. Wyjaśnienie jest dość proste: jak tak się zastanawiam nad tym, co mnie ostatnio spotykało, to widać wyraźnie, że w większym bądź mniejszym stopniu powyższe zjawiska są dla mnie prawdziwe. Po pierwsze jakiś czas temu straciłem poczucie celowości, które niedawno odzyskałem i widzę w sobie dużą zmianę. Wciąż dochodzę do siebie po długim okresie zagubienia, ale cel, który sobie stawiam pokazuje mi jasną drogę. Porażki i sukcesy wiążą się z tym dość mocno – niekończące się problemy doprowadziły do tego, że przestałem wiedzieć kim tak naprawdę jestem, kilka sukcesów jednak mi o tym przypomniało. Co do przyzwyczajeń: kiedyś byłem zagorzałym przeciwnikiem palenia papierosów. Przez ostatni miesiąc wypaliłem tego świństwa chyba najwięcej w swoim życiu i doszedłem w pewnym momencie, że to bardzo źle. Tak więc postanowiłem wtedy, że wypalę do końca paczkę, którą kupiłem – jedyną jaką kupiłem w życiu – i więcej nie kupię już żadnej. Trzeba wiedzieć o mnie, że ja nie lubię absolutów. Nie lubię słów „nigdy” i „zawsze”. „Ostatni raz”, „ostatnia jaką” zawierają się w tym przedziale, którego nie cierpię, jednak czasem się do nich posuwam, jeśli mi na czymś naprawdę zależy. Tak więc dokończenie paczki (w której w tym momencie został jeden papieros) traktuję bardziej jak osobistą pokutę niż pozwolenie sobie na ostatnią przyjemność. Paląc te ostatnie papierosy nie czuję się dobrze, raczej jest mi fizycznie źle i czuję wstyd przed samym sobą. Mam nadzieję ten wstyd i to poczucie autoodrzucenia dobrze zapamiętać. Ze względów czysto utylitarnych.

Jak w kołowrotku

Dawno nie było wpisu. To będzie teraz. Mam pewną teorię mówiącą, że im bardziej chujowo się czuję tym łatwiej przychodzi mi pisanie, więc teraz powinno iść całkiem łatwo. Próg kolejnych wakacji, a ja znów czuję się jak… No powiedzmy, że nie najlepiej. Ostatnio lato to po prostu najgorszy dla mnie okres, bo w roku akademickim robię coś co wydaje mi się jakkolwiek sensowne, podczas gdy na wakacje chciałbym odpocząć, ale niestety nie mogę. Muszę szukać pracy, a to dla mnie jedna z najbardziej depresyjnych czynności świata: wysyłasz pierdyliard cefałek, srylion listów motywacyjnych tylko po to, żeby dowiedzieć się, że nie nadajesz się dosłownie do niczego. Dodatkowo mam wrażenie, że nabyty niedawno tytuł inżyniera niewiele zmienia. Tak czy siak, może byłoby lepiej gdybym chciał pracy na stałe, jednak na wakacje jest milion osób szukających czegoś sezonowo, a zdaje się, ze maksimum dwa wolne miejsca na województwo. Praktyki pewnie bym dostał, ale płatne już niekoniecznie, bo w większości sensownych przypadków jest w takie sytuacji co najmniej 100 osób chętnych na jedno miejsce i dostanie się to loteria oparta o sztukę lekkiego krętactwa na rozmowach kwalifikacyjnych. I tak: jeśli mi się poszczęści pojadę do Anglii jako pracownik fizyczny (z wyższym wykształceniem technicznym, a jakże). I to nawet pewnie nie będę mógł narzekać, bo robota z tego co wiem przy zakładaniu systemów paneli słonecznych, która to sztuka była u mnie na studiach zgłębiana, jednak nie od strony przenoszenia ciężarów. Ponadto mam wrażenie, że wszystko czego doświadczam dzieje się niejako poza mną i mój wpływ o ile w ogóle istnieje to jest marginalny. Z drugiej strony wiem, że jak nie zrobię nic to może i nie zdechnę z głodu, ale utonę w długach.

Żeby tego wszystkiego było mało, mam wrażenie, że wszystkich dookoła (włącznie chyba ze mną) troszkę popierdoliło. Tak z lekka na dekiel, jakby każdy dostał w łeb dwukilową cegłą. Wszyscy niezadowoleni, drażliwi i przygnębieni. Kłóci się już chyba każdy z każdym i w sumie patrząc na poszczególne przypadki mnie to nie dziwi, ale sama kumulacja ogólnej ich liczebności jest dla mnie nieco zatrważająca. Każdemu coś nie pasuje, każdy łazi jakiś skrzywiony jak w krzywym zwierciadle i to nie zabawnym. I w końcu człowiek tak na prawdę nie wie kogo może nazwać przyjacielem, a kogo nie, komu ufać i komu się zwierzyć, a komu lepiej dać spokój. I przez to wszystko czuję się zagubiony i nieco przygnębiony. Nawet wyjazd do domu, który przeważnie działa na mnie kojąco, jakoś nie przynosi zwykłego efektu. I nawet nie jest tak, że moja ogólna kondycja psychiczna jest w strzępach jak to miało miejsce choćby rok temu. Efektem tego jednak jest większa świadomość otaczającego mnie świata i ogólnej jego chujowości. Wszystko jest jakieś takie byle jakie, nietrzymające się kupy. Nieco przygnębiająca jest moja obserwacja, że chyba tak właśnie wygląda dorosłe życie.

Z tych wszystkich względów czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zacząć nowe życie gdzieś daleko, zmieniając w jakichś 90% swoje otoczenie. Chcę poznawać nowych ludzi, u których mam czyste konto, chcę poszerzać swoje horyzonty. Z drugiej strony czuję się jak wykręcona szmata i nic mi się nie chce. Dość jednak użalania się nad sobą: jakoś to przecież będzie. Zawsze jakoś jest.

Pod spodem dobrze oddający mój nastrój teledysk.

W sumie wpis wbrew moim założeniom dla tego bloga, który nie miał być ścianą płaczu. Chcę, żeby od czasu do czasu pojawiało się coś bardziej wartościowego. Jako, że mam teraz nieco więcej czasu, to postaram się coś lepszego zamieścić jakoś niedługo.

Na podwórku wojna

Nie wiem jak Was, ale mnie niektóre rzeczy przerażają. Przeraża mnie to, że mój własny kraj zdaje się poligonem. Przeraża mnie to, że ludzie kochają nienawidzić. I przeraża mnie to, że nienawidzą ludzie z obu stron barykady, nie ważne jakiego konfliktu. Bo to nie jest tak, że Polska podczas II WŚ miała samych dobrych ludzi za żołnierzy i nie każdy Niemiec był wtedy nazistą. Tak samo dzieje się teraz i będzie zawsze. Mój post sprowokowało bezpośrednio miniopowiadanie pana Witolda Jabłońskiego, które przeczytałem na portalu o wiadomym targecie. I przykro mi to mówić, ale wieje to „lewicową Frondą”. Wiem, bo mój chłopak Frondę czytuje, twierdząc że robi to dla zabawy. Tak czy siak ktoś o enigmatycznym nicku Mamucha na blogu frondowskim publikował opowiadanie „Homo-pułapki„. Z opowiadań wiem, że została tam przedstawiona wizja świata (a konkretnie Polski) w niedalekiej przyszłości, gdzie dzieci od ludzi o tradycyjnych poglądach (Katolików, szczególnie zaś fundamentalistów-homofobów, przedstawianych jako wzory cnót) zabiera się dzieci, by adoptowali je homoseksualiści. Publiczny system oświaty zaszczepia jakimś sposobem w dzieciach „sodomiczne” skłonności i ogólnie homolobby w pełnej ofensywie: koszmar Prawdziwego Polaka Katolika™. Powstał więc ten twór wątpliwej sztuki i niewątpliwej propagandy, który polecam ludziom o nerwach mocniejszych niż moje. Reszta „twórczości” Mamuchy wygląda równie obiecująco, więc jeśli komuś się to-to podoba to zapraszam. Ale nie w tym sęk. Wrócę do opowiadania pana Jabłońskiego. Otóż przeczytałem i stwierdzam, że o ile może i styl niezły, interpunkcja poprawna, fabuła nawet ciekawa to… chwyty użyte takie jak u konkurencji. Czy warto zniżać się do takiego poziomu? Czy pan Witold widzi w ogóle jeszcze, że używa broni biologicznej, bo ktoś na nim użył jądrowej? 
Z drugiej strony jednak rozumiem. Nieraz jak sam przeczytam (usłyszę, zobaczę) ociekający jadem tekst mówiący mi, że ni mniej ni więcej jestem pomiotem szatana to aż się we mnie gotuje. Co bardziej „tolerancyjni” wysyłają po żółte papiery do lekarza od głowy. Nie wiem już co gorsze, w końcu ci pierwsi mają mnie za pomiot, ale za to pełnowartościowy. Nie wierzę jednak w to, żeby nienawiść mogła nienawiść zwyciężyć. Zaczepka zawsze spowoduje odwet, szczególnie jeśli jest wycelowana w jakąś grupę. Dziesięciu zdzierży, powie sobie, że głupich nie sieją, ale jedenasty będzie się chciał mścić. 
Chciałbym powiedzieć, że nasza „tęczowa” strona barykady nie ma brudnych zagrań, lecz po lekturze opowiadania, które wkłada wszystkich ludzi ze wsi w szufladkę „ciemnogród”, wierzących w pojemniczek „kato-al-kaida”, a księży stawia na małym podium z lśniącym grawerunkiem „pedofil” nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. 
Opinia jaką chcę w tym poście przekazać może nie jest ładna, nie jest estetyczna. Może w samej swej idei wydawać się niektórym obrzydliwa. Uważam bowiem, że powinniśmy być mili. Powinniśmy wypowiadać się i działać tak, żeby nikt nie mógł nam nic zarzucić, lecz  w sposób niepozostawiający cienia wątpliwości o co walczymy. Powinniśmy wykorzystywać błędy przeciwnika, wytykać mowę nienawiści gdzie to tylko możliwe. Czy jednak nasze skargi zostaną wysłuchane, jeśli sami także będziemy takiej mowy używać?

Miałem tu notkę zakończyć, jednak pragnę coś dodać, żeby nie było niedopowiedzeń:
Nie chodzi mi o to, że zawsze mamy siedzieć potulni jak baranki. Na nikczemność, okrucieństwo czy po prostu zło (bo jak nazwać na przykład zabójstwo na tle rasowym czy orientacji seksualnej) należy reagować pełnym ostracyzmem i ze stanowczością potępiać. Jednak w głos angielskiego przysłowia „stick and stones…”. Czy warto wdawać się w potyczki z agresorami? Czy warto je rozgrywać ich środkami? Z głupim nie warto się kłócić, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu i pokona doświadczeniem.

Uciekając z klatki

Zacznijmy od tego, że ostatnio ciężko mi zasnąć. Gdy zaczynam tą notkę jest godzina 3:50 i 10 minut temu wstałem z łóżka, bo stwierdziłem, że mnie sen szybko nie zmorzy. Zaparzyłem sobie herbaty z melisy, może po pół litra zadziała efekt placebo i usnę. Nie jestem człowiekiem spokojnym, przynajmniej nie przez ostatni rok? dwa? Powiedzmy, że od dość długiego czasu. Cały czas coś mnie denerwuje, cały czas coś jest nie tak. Ciągle jest jakieś zmartwienie i trzeba się czymś przejmować, mieć wyrzuty sumienia lub żal do całego świata. Czułem się jak w klatce. To zaczyna brzmieć jak jakaś emo-notka, ale postaram się aby nie miała w dalszej części aż takiego wydźwięku. Dochodzę po prostu do wniosku, że tak wygląda dorosłość. Zawsze jest coś co nie pasuje. Poza tym o dziwo dzieje się chyba lepiej. Przynajmniej w mojej głowie. Chodzi o to, że zaczynam żyć ze sobą w coraz większej zgodzie, wraca do mnie uczucie, którego nie było chyba od dwóch lat. To znaczy, że moje starania coś znaczą, a marzenia mają jakiekolwiek szanse na spełnienie. Pręty klatki wydają się być lichsze, a ja mam więcej siły żeby je rozgiąć. Dlaczego w takim razie siedzę o 4 rano nad blogiem zamiast spać jak normalny człowiek? Myślę, że długo brałem długi. Emocjonalne, psychiczne, fizyczne wręcz czasami. Ciągły stres i niezadowolenie, brak poczucia celowości. To potrafi człowieka wykończyć. A jeśli taki stan trwa długo to zaciąga się kolejne długi, aby znaleźć siłę na wstanie rano z łóżka, na pójście na uczelnię, na rozmawianie z ludźmi, a wreszcie na trzymaniu w ryzach związku. I nie mówię, że związek jest dla mnie czymś w rodzaju brzemienia, nie. Daje mi on bardzo dużo, powiedziałbym nawet, że bez K. chyba bym sobie nie poradził w najgorszych chwilach. Wiadomo jednak chyba wszystkim, że o relację tego rodzaju trzeba dbać. A dla człowieka w takim stanie jak opisałem powyżej nie jest to łatwe. Mimo to jakoś daliśmy radę, przynajmniej jak na razie (my, to znaczy ja i K.). Jestem przekonany, że teraz zaciągnięte długi muszę spłacać. Zdrowie mi się trochę posypało (nic strasznego, ale lekko uciążliwe), a poza tym nie potrafię się za nic porządnie zabrać. Chyba odpokutowuję stres nie mogąc zasnąć, bo ilekroć położę się spać przypomina mi się coś nieprzyjemnego, martwię się lub boję. Nie pomaga przy tym zbliżająca się wielkimi krokami obrona. Mam jednak nadzieję, że idzie ku lepszemu. Staram się pomagać K. jak mogę, bo jakiś czas temu to ja polegałem w całości na nim i chyba nie miał we mnie za dużo wsparcia. Chcę mu to w jakiś sposób wynagrodzić, ale będąc ze sobą szczerym – na razie idzie mi umiarkowanie. Ani dobrze, ani źle. Jednak liczę na więcej ze swojej strony. Wydaje mi się, że potrzebuję trochę więcej czasu by doprowadzić siebie do ładu zanim będę mógł działać na 100 procent. Potrzeba mi też chyba jeszcze paru sukcesów, aby nabrać więcej wiary w siebie. 

To chyba tyle tej notki. Kocham Cię K. A resztę czytelników pozdrawiam. Mam nadzieję, że nie zanudziłem.

Ostatnio dużo się w naszym kraiku nad Wisłą dzieje. Zamieszki podczas świąt państwowych stają się coraz bardziej powszechne, a ostatni Marsz Niepodległości to jak dotychczas najbardziej dosadny przykład tego fenomenu. Nie chce się nawet wspominać o takich błahostkach jak obrzucenie jajkami uczestników Marszu Równości we Wrocławiu – ze względu na nikłą szkodliwość społeczną czynu.

Konkluzja niestety jest prosta i mocno inna od szerzonych przez „ukrytą opcję lewacką” do której pewnie podług niektórych należę. Otóż naród (szeroko i być może błędnie pojęty) jest wściekły. Wściekłość owa niestety przeradza się w ślepą nienawiść, a nie słuszny gniew. Sam fakt niezadowolenia społecznego jest z wszech miar uzasadniony: mamy kryzys gospodarczy, rząd jest nieudolny (nie żebym był specjalistą, ale ogólnie efekty nie są zachwycające), stopa życia w kraju jest coraz gorsza. Ceny rosną. Kiedy zaczynałem studia mogłem sobie pozwolić na kupno jednej lub dwóch książek miesięcznie, teraz zaś jeśli kupię dwie na pół roku to jest dobrze. Czasem nawet brakuje mi na jedzenie. I też jestem zły. Ale z drugiej strony nie wyłażę na ulicę i nie palę samochodów. Nie wiem i nie rozumiem dlaczego masa ludzi daje tak sobą sterować, żeby ich złość przenieść na wszystko dookoła, tylko nie rzeczywisty problem. I tak nienawiść nie tafia do rządu niewywiązującego się z obietnic czy obowiązków. Trafia za to do całej zagranicy (vide Ambasada Rosyjska), homoseksualistów, żydów, lewactwa, masonerii i coraz bardziej wydumanych wrogów publicznych. Pomyślałby kto, że mamy XXI wiek, że plemienne zabobony typu „jest susza bo grzeszymy” już nam nie grożą. Okazuje się jednak, że dla ogółu ekonomia jest tak bliska czarnej magii i tak niepojęta, że wszystkie narodowo-światowe nieszczęścia zrzuca się na grzechy przeciw temu bądź innemu Bogu (u nas chodzi głównie o Kościół Katolicki, który wszędzie widzi wrogów – niektórzy jego przedstawiciele nawet w Hello Kitty, a właściwie w Hell’o’Kitty). I zaczyna się palenie na stosach: na razie instalacji artystycznych, ale kto wie co, lub kto będzie następny. 

Wniosków żadnych tu nie będzie, bo i chyba nie ma z czego ich wyciągać. Warto tylko zadać sobie kilka pytań: „Czy chcę być częscią tłumu, bezmyślnej gawiedzi? Czy chcę dać sobą manipulować? Czy chcę walczyć z wrogiem, którego mi stworzono, a który tak na prawdę nim nie jest?”.

Klip przyjazny

Dzisiaj dostałem z K. na portalu dość znanym wiadomość (co za często się nie dzieje, gdyż ludzie w związkach nie są najpopularniejsi na tego rodzaju przybytkach). Zaciekawiony byłem co to je to, więc otworzyłem. Przywitała mnie w pierwszej już linijce radująca wielce wiadomość „To nie jest SPAM”.
Taki wstępniak nastroił mnie dość wrogo, ponieważ, rzecz jasna, zacząłem właśnie oczekiwać spamu. Nie będę osądzał czy wysłana mi rzecz spamem była, ponieważ kilka kryteriów spełnia, z drugiej zaś strony zbyt to „społeczne”, żeby od razu szufladkować.

Ale, ale. Co zawierała wiadomość, zapytacie. Śpieszę z odpowiedzią. W środku, poza krótkim komentarzem był link do konkursu na teledyski. Konkretnie autorzy wiadomości prosili o zagłosowanie na swój klip (tu parafraza) „przyjazny ludziom LGTB”.

[Tu pisanie zostało mi przerwane w sposób o tyleż niecny co przyjemny]

Wracając do meritum: Klip obejrzałem. Dwa razy nawet. I komentarz mój do tego jest taki – teledysk bardzo fajny. Miły i ładny, na kształt tych zwykłych, ale rzeczywiście „przyjazny”, a na to zawsze mi miło popatrzeć. Z drugiej jednak strony kawałek śpiewany przez wokalistę był nieco… Miałki? Taki zwyczajny mocno, niczym się nie wyróżniający. Nie było też tragedii, ale to nie jest coś co wrzucę do playlisty. Ot taki ni to rock ni to pop o miłości. W geście solidarności zagłosowałem jednak, a jako że teledysk był miły to i nie robiłem tego wbrew sobie. Pod spodem znajdziecie link do stroniczki z teledyskiem.

Pozdrawiam

A to link:
http://www.klipon.pl/filmy_konkursowe_4.html

Witam po wielu dniach nieobecności. Tak to jest, że jak w życiu zaczyna się układać, być nieco milej, to człowiekowi przestaje się chcieć płakać w eteryczne ramię internetu. Z drugiej strony woli podyskutować z żywym człowiekiem niż swoje wypociny przelewać na ekrany mniej lub bardziej anonimowych czytelników.

Pędzę jednak niczym strzała do meritum, a więc tytułowej demobilizacji.

Czy nie miewacie tak, że kiedy za dużo obowiązków na Was spada to odechciewa się Wam absolutnie wszystkiego. Stajecie się mniej produktywni, a „ogarnięcie się” jest coraz trudniejsze? Podejrzewam, że jeśli nie wszyscy, to co najmniej część z Was zna to uczucie. Szczególnie studenci przed sesją, kiedy trzeba ponadrabiać wszystkie zaległości, oddać spóźnione już srogo prace i przygotować się na gro kolokwiów i egzaminów.
Otóż autor właśnie przeżywa taki stan, który pogarsza mu się od jakichś… dwóch lat? Nie no, może aż tak źle nie jest. Żywię jednak (prawdopodobnie płonną) nadzieję, że w przyszłym semestrze będę miał nieco choć więcej pary.

Gdzie jednak szukać źródeł takiego marazmu? Możliwe, że w nieco ponurej, acz odprężającej konstatacji, że świat działa niejako „bez ciebie”. To liryczne „ciebie” tyczy się większości ludzi. Zachowujemy się w sumie jak komórki jakiegoś wielkiego amebowatego w swej naturze tworu. Wycięcie jednostki nijak mu prawdopodobnie nie szkodzi, a o celowości działania nie wspomnę, gdyż wielgachna galareta tego dziwacznego organizmu rozlewa się wokół bez ukierunkowania czy jakichkolwiek wypadkowych pobudek.

Z drugiej strony co się stało z moim, tak niegdyś hołubionym, indywidualizmem? Pozostał, jednak przeżywa pewien kryzys. Coś jak gospodarka. Jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do gospodarki naszego kraju, dość szybko mi przejdzie. Tyle topicowej ewangelii.

Teraz trochę mojego pieprzenia:
* Nie wiem czy to rozwój czy regres, ale przestałem się ograniczać, jeśli chodzi o gatunki muzyki, a bardziej precyzyjnie – zamykać na pop. I nie, nie lubię nagle Lady Gagę. Za to Mika ma całkiem fajne płyty (może poza kilkoma wtopami w pojedynczych utworach – np. Relax). Winien temu jest mój ukochany K., który poszerza mi horyzonty. Filmowe i muzyczne. Z drugiej jednak strony ja bym chętnie jemu też je „poposzerzał”, na przykład w kwestii tańczenia^^.
* Zacząłem i skończyłem studiować drugi kierunek studiów. Niestety „prostudencka” postawa pewnego prodziekana skutecznie odstraszyła mnie od przedsięwzięcia. A szkoda, bo tak pewnie skończy się podyplomówką.
* K. chce tworzyć vloga ze mną i jeszcze jedną osobą + opcjami gościnnymi. Nie wiem co nam z tego wyjdzie, jednak trzymam kciuki.

Good Bye, Internet
Mam nadzieję, że jakoś się tu jeszcze w najbliższym czasie zaktywizuję jednak, bo pisanie bloga jest… Miłe.

Inny czy taki sam?

Ha! prawdą jest, że czytać trzeba. Przeczytałem dwie książki i mi wena wróciła. w różnych miejscach można szukać inspiracji, ale nie ma chyba nic tak pobudzającego kreatywność jak dobra lektura.

A teraz do rzeczy:

Będzie o gejostwie, bo i dawno nie było. Ale nie tylko o tym, bo i rzadko tak u mnie bywało, żebym odnosił się tylko do tej kwestii. Otóż przykuły moją uwagę liczne stwierdzenia płynące czy to od KPH czy od innych organizacji postulujących o równe prawa dla każdej orientacji. Chodzi mi o zdania typu „jesteśmy tacy sami jak wszyscy”, „niczym się od Was (heteroseksualistów) nie różnimy” etc., etc.

Jestem zmuszony zaprotestować. Nie, nie jesteśmy tacy sami. Jesteśmy inni, często mocno. Tylko, że zawsze jest jakieś „ale”. Jedyną różnicą płynącą z nas samych jest „waginosceptycyzm” w przypadku mężczyzn i „penisowstręt” w przypadku kobiet. Resztę załatwiacie nam Wy, nasze drogie społeczeństwo (i nie kieruję tego broń Boże do czytelnika ad persona). Czym więc i dlaczego różnimy się od reszty? Proszę bardzo, co ważniejsze rzeczy wymienię w punktach:

1. Stereotypowy gej – gwiazdeczka.
Ekstrawaganckie zachowanie, ubiór, styl życia i inne dziwactwa. Wiadomo, że są tacy, zdania na ich temat są podzielone, nie mi oceniać i nie tym się tu zajmuję, więc nie przeczytacie czy to „cute” czy „przegięte”. Mogę dochodzić tylko przyczyn. Oczywiście każdy człowiek jest inny, ale wydaje mi się, że większość „gwiazdeczek” reaguje tak na zasadzie: będę się różnił możliwie najbardziej od otaczającego mnie shitu. I to nie koniecznie z premedytacją, może nawet podświadomie. Tak czy siak ja tu widzę silną opozycję do tak zwanej „normalności” zakłamanej u swych podstaw. Przynajmniej uważa tak mniej lub bardziej świadomie nasza „gwiazdka”.

2. Szaraczek.
Nikt by w życiu nie powiedział. Normalny chłopak, do Kościoła chodzi, na tacę da, wódki się napije, o cyckach kilka żartów powie. Ot kolejny kumpel, znajomy. Tak jest łatwo. Chować się przed zagrożeniem i ostracyzmem. Nie ma nic prostszego i nie ma co się rozwodzić. Tylko tutaj prędzej czy później wyjdzie szydło z worka i nie wiadomo wtedy co począć. Ale jakoś się toczy.

3. Działacz.
Często może, acz nie musi występować w połączeniu z punktem pierwszym. Działacz uświadamia ludzi dookoła siebie, że wszelkie przejawy ostracyzmu są złe. Wygłasza prelekcje, zapisuje się do różnych ruchów i chce uczynić świat dookoła lepszym. Jeśli nie dla siebie to dla przyszłych pokoleń.

4. Odsunięty.
Żyje w swoim świecie. Nie przejmuje się otaczającym światem, ogranicza się tylko do najbliższych znajomych, rodziny, partnera. Wynika to z przekonania, że walczyć z wiatrakami nie ma wielkiego sensu, z drugiej zaś strony nie wolno dać otoczeniu dyktować sobie warunków.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać dość długo. Jest jeszcze jedna kwestia. Niektórzy dzięki swojej odmienności mogą spojrzeć na otaczający świat z nieco większym dystansem. Mogą się wyzbyć własnych uprzedzeń patrząc jakich sami doświadczają.

Tak niestety jest nie tylko w przypadku „homo”, ale w przypadku każdego kto w jakiś sposób jest wyjęty poza społeczną ramkę. Nie mieści się w marginesie odchyleń które można uznać za zwykłe. Urodził się nie tam i nie w tym czasie co trzeba.

Z drugiej zaś strony i tak jest coraz lepiej. Ja mam wspaniałych znajomych, z których jak dotychczas każdy przyjął wiadomość o mojej odmienności spokojnie, bez cienia negatywnej emocji. Może to dobrzy aktorzy, a może to ja dobrze dobieram sobie znajomków. Wolę wierzyć w to drugie. Tak czy siak, jeśli któryś z Was to czyta to dziękuję.

Chcę zaznaczyć, że w innych aspektach nie różnimy się specjalnie od całej reszty. Tak samo jemy, kochamy, cierpimy i się cieszymy. Tu KPH i spółka mają rację. I tego radzę się trzymać.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Isgalad

Dobrze? Źle? Jak?

Tak sobie myślę, że właśnie przeżywam jeden ze szczęśliwszych okresów w moim życiu. Osobiście mi się wszystko ułożyło nawet lepiej niż mogłem przewidywać. Z drugiej jednak strony zawodowo jest kiszka – sam nie wiem ile już „cefałek” rozesłałem po necie i rozniosłem po mieście – zero reakcji. Ja wiem, że kryzys, że studentów nie chcą, że sezonówki raczej ciężko znaleźć, ale na wszelkich bogów Asgardu – żeby tak w ogóle nic?

Coby nie było – znam własne ograniczenia i nie aplikuję w miejsca, w których wiem, że nie dam rady. Tak więc Call Center odpada, ale czemu nie chcą nikogo w sklepach, na magazynach, nawet jako „tajemniczego klienta”. Ja bym się może od biedy nawet na kanara zaciągnął. Jak tak patrzę na to co się dookoła dzieje to wydaje mi się, że pracę można dostać tylko niesłychanym fartem albo przez znajomości. Większość (powalająca) moich znajomków, którzy dobrą fuchę dorwali załatwiła to sobie dzięki plecom.