Archive for Styczeń, 2012


Stryczek z dobrych chęci upleciony

Będzie poważnie i nieco kontrowersyjnie, ale pewien problem powraca do mnie co jakiś czas więc muszę go poruszyć. Nie dotknął on mnie, na szczęście, osobiście, ale wystarczająco wiele o nim słyszałem i sam znajduję się w takiej sytuacji,że łatwo mi się wczuć w poszkodowanego.

Nie chcę być monotematyczny (i chyba jak na razie nie jestem) i nie chcę, żeby ktoś mi zarzucał potem, że patrzę na świat przez pryzmat pedała<TM> (z resztą w tym kraju nie da się na świat w mojej sytuacji patrzeć inaczej, ale to materiał na osobny wpis), ale fenomen jest jak dla mnie na tyle poważny, że muszę go poruszyć. Jeśli choć jedna osoba coś dzięki temu zyska, zrozumie, to uznam to za naprawdę poważny sukces sukces.

Najbliżsi są dla nas największym zagrożeniem. Tak było, jest i będzie i trzeba z tym żyć. Nikt nie zrani tak dotkliwie jak ktoś, kogo z głębi kochamy. I nie mówię tu o romantycznej miłości (przynajmniej niekoniecznie), ale o bracie, matce przyjacielu, kimkolwiek. Najgorszym jednak pozostaje fakt, że często właśnie przyjaciołom, dzieciom czy rodzicom sami pleciemy stryczek.

Spotkałem się z kilkoma <kilkunastoma?> takimi sprawami. Głównie znalezionych w sieci, na blogach czy portalach informacyjnych, kiedy już doszło do czegoś poważniejszego.
Otóż sytuacja jest na ogół następująca: młody chłopak odkrywa, że kolega podoba mu się bardziej niż powinien. Jest to już dla takiego dzieciaka o tyle trudne,  że wychowuje się on w społeczeństwie piętnującym takie zachowania, odmawiającym męskości,a często nawet człowieczeństwa Ludziom Takiego Pokroju. Więc mamy już tego prawdopodobnie poważnie znerwicowanego, zakochanego dzieciaka. Tu scenariusz toczy się na ogół według dwóch wariantów: albo okazuje się, że uczucie jest odwzajemnione, albo i nie. Nie jest jednak aż tak istotną częścią całej historii, ponieważ na ogół wątki te znów się łączą w jeden. Mianowicie albo dzieciak przyznaje się komuś bliskiemu do swoich skłonności, albo zostaje wręcz na nich nakryty.
I tutaj właśnie często pojawia się bardzo poważny zgrzyt. Załóżmy, że poinformowany (w ten czy inny sposób) zostaje rodzic. Nierzadko dość zdarza się tak, że jest wsparcie i próba zrozumienia, co na ogół prowadzi do późniejszej akceptacji. Jednak świat nie jest miłym miejscem i nie zawsze się tak dzieje. Bywa, że opiekun z czystej troski (autentycznie, nie naigrywam się) udziela dziecku instrukcji sprowadzających się do bezwzględnej tajemnicy i dożywotniego celibatu. Pojawia się też często motyw szukania przyczyn „problemu” oraz, co gorsza, próby „leczenia”. Pół biedy, jeśli taka rodzina pójdzie do porządnego psychologa. Ba! Dobrze nawet, bo najpewniej wszyscy otrzymają tam pomoc. Gorzej, gdy napatoczy się jakiś „terapeuta”, co diabła z geja wypędzi i sprawi, że na starość będzie on ojcem gromadki dzieci i przykładnym mężem.
Przykro mi, to nie działa. Badałem problem, przeczesywałem internet wzdłuż i wszerz i wszelkie wiarygodne źródła (w tym sami pacjenci) mówiły, iż wszystkie takie „terapie” są nieskuteczne, na ogół przynoszą poważne szkody dla psychiki, a sam efekt zainteresowania płcią przeciwną jest kodowany na zasadzie zbliżonej do odruchów Pawłowa i nie utrzymuje się dłużej niż dwa-trzy lata.
Wszystko to prowadzi do bardzo przykrej sytuacji, kiedy z definicji niestabilna psychika nastolatka poddawana jest kolejnym próbom wytrzymałości, jakby zwykłego dojrzewania było mało. Wielce prawdopodobna jest depresja, poważne kompleksy i poczucie winy. Nie bawię się w psychologa, do wysnucia takich wniosków wystarczy zwykła empatia. Jeśli cała sytuacja się przedłuża, dodatkowo, rodzice wcale stuprocentowej „dobrej wiary” okazywać nie muszą (choć powinni), to istnieje opcja, że z problemu zrobi się wielkie bulgoczące siarkowodorem bagno. Pojawić się może, szczególnie u osób ze słabszą psychiką, przekonanie, że są tylko zbędnym ciężarem dla wszystkich wokoło. Stąd już tylko kroczek mały do myśli i działań autodestruktywnych. Możecie mi mówić, że dramatyzuję, że demonizuję marginalny problem. Odpowiem na to dość prosto: takie rzeczy się zdarzają. Nienauczone jeszcze życia dzieciaki kończą ze sobą w imię czegoś, czego nie pojmuję, ale w efekcie uprzedzeń i często dobrej wiary. Poza tym, jeśli choć jedna osoba w taki właśnie sposób życie straciła, to uważam, że problem jest dość ważny. Pozostawiam tekst do przemyślenia.

Uwaga: Żeby nie było niedopowiedzeń – pisząc o tym, że wymaganie „bezwzględnej tajemnicy” jest złe wcale nie namawiam do radosnych coming-outów, byłoby to z mojej strony przejawem o tyle tępoty o ile też hipokryzji. Po prostu należy wytłumaczyć dlaczego nie warto pleść na lewo i prawo co ślina na język przyniesie. Trzeba też uznać prawo do kierowania własnym życiem.

Reklamy

Powitać pragnę drogiego czytelnika i bez zbędnego gadania do rzeczy przejść.
Nie lubię w sobie tej jakże polskiej cechy, która nadaje mi łatwość narzekania, dlatego staram się nie kultywować tej narodowej tradycji. Jednak w konfrontacji z kompletnym zidioceniem i odkulturalnieniem pokłady mojej tolerancji się kończą. Tym bardziej, że uległem pod tym względem pewnej „poznawczej kumulacji”.
Jako stworzenie internetowe wszedłem byłem sobie na pewien portal z literką „O” dumnie prezentującą się na przedzie nazwy. Powtórzyłem tą operację kilkukrotnie, po czym zacząłem zadawać sobie pytanie, czy te tytuły artykułów rzeczywiście są takie głupie, czy to mi przez sesję poziom IQ skoczył nagle. Opcja z wzrostem ilorazu odpadła dość szybko. Przerażającą dla mnie okazała się dziennikarska zabawa informacją w sposób dyskusyjnie etyczny. Czytam otóż, że „Smagacz pośladków zagraża nastolatkom”. Tytuł wywołuje u mnie pobłażliwy uśmiech na twarzy, jednocześnie spodziewam się czegoś równie zabawnego wewnątrz artykułu. Okazało się, że sprawa jest o tyle poważna o ile niepoważny był tytuł: jakiś zboczeniec atakował dziewczyny i ciął ich pośladki nożem technicznym. Może ja jestem staromodny, może próchno ze mnie wyłazi, ale takich informacji nie powinno się prezentować w podobny sposób.
Pokazów przekomicznej wręcz głupoty czy to redaktorów, czy to społeczeństwa <co bardziej prawdopodobne, w końcu portale robi się „pod publikę”> było więcej, a sondaż „Co sądzisz na temat bidetów?” jest jednym z bardziej kuriozalnych przykładów. Postanawiam przerzucić się na jakieś ambitniejsze portale informacyjne.

Na tym jednak nie koniec. Wczoraj rzeczywistość skonfrontowała mnie z głupotą całkiem innej wody. Otóż, aby czytelnik zrozumiał o co mi w dalszej części chodzi trzeba obwieścić, że Isgalad jest zwierzęciem akademikowym.
Przechodząc do rzeczy: Niczego niespodziewający się Isgalad postanowił skorzystać z toalety (są dwie na piętro) i udał się do kabiny numer 2. Było to strasznym błędem, gdyż, jak się okazało, impreza u kogoś z mieszkańców musiała być zaiste „gruba”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby ktoś z uczestników zabawy* nie ubzdryngolił się do tego stopnia, że zapaskudził całą kabiną treścią swoich trzewi (i wcale nie chodzi mi o wymiociny).
Ok, jako, że Isgalad ma w sobie nieco pobłażliwości stwierdził, że może podmiot toaletowych ekscesów po prostu nie był w stanie po sobie posprzątać (co całkiem prawdopodobne) i jeśli ma choć krztynę przyzwoitości, to posprząta po sobie ranka następnego. Jakaż naiwność. Oczywiście gówno leży dalej i nikt nie kwapi się do robienia z tym porządku. Zgroza.

Podsumowując: Dziwi mnie, że ludzkość jeszcze nie wyginęła prezentując sobą taki poziom intelektu. Jeśli to jest ten Szczyt Stworzenia, to coś tu jest nie tak. Dziwi mnie też, że dałem się tym wszystkim zaskoczyć jakoś bardziej. Przecież żyję nie od dziś. Konkluzja jest taka, że osobą jestem chyba dość naiwną i oceniającą innych własną miarą. Smutne trochę.

Thank You for reading! 🙂

 

 

*czyt. libacji

Kimże jesteś?

Nowy tydzień – nowy wpis. Jak zwykle w moim przypadku pseudorefleksyjnie i nieco sentymentalnie.

Przeszperywałem w przerwach między przeglądaniem kolejnych slajdów z materiałoznawstwa internet i jak zwykle na coś ciekawego natrafiłem. Nie jest istotna konkretna strona, konkretne zajście, więc nie będę się zagłębiał. Przejdę zaś wartko ku meritum: nienawiść to fenomen wielce ciekaw. Ludzie to fenomen wielce ciekaw. Moje obserwacje mogą nieco nawiązywać do poprzedniego wpisu, jednak niejako od drugiej strony.
Hipokryzja z jaką na co dzień w sieci można się spotkać sięga niejednokrotnie absurdu, pod płaszczykiem pozornej anonimowości ukazujemy swoje prawdziwe oblicze, plując jadem tam, gdzie w prawdziwym świecie nie wypada. Co więcej nie mamy odwagi być konsekwentni w swoich czynach. Objawia się to w następujący sposób: na anonimowego Żyda, Muzułmanina, czarnego, Azjatę, Niemca, geja, księdza, kogokolwiek wiele ludzi gotowych jest z metaforycznymi nożami skakać. Jakaż krytyka się wtedy leje, jakież mocne są argumenty. W większości przypadków sprowadzają się one do „jebać niemcow”, „klechy pierdolone, pedałują ministranty”, „asfalt do afryki” <błędy zrobiłem celowo>. Ale kiedy okazuje się, że nasz najlepszy kumpel postanawia iść do seminarium, brat znalazł sobie chłopaka, a dziewczyna, w której od lat się kochamy pochodzi z Niemiec to jakoś inaczej śpiewamy.  Dostosowujemy swoje Żelazne i Jedyne Prawdziwe Poglądy do wymogów sytuacji. Na wszelkie świętości, jeśli już jesteś na tyle tępy, człowieku, żeby być do czegoś uprzedzony, to bądź konsekwentny i nie rób wyjątków. Albo w końcu przyznaj się do błędu i nie udawaj, że wszystko jest w porządku (co uważam za zgoła lepszą opcję).
Z drugiej strony zaś, jeśli wyszydzimy kolegę, z bratem zerwiemy kontakty, z dziewczyną damy sobie spokój… To co z nas za ludzie? Ile prawdy było w przyjaźni, braterstwie i jeśli nie miłości to zauroczeniu? Tu wychodzi się nie tylko na hipokrytę, ale do tego okrutnego. Przejrzyjmy wszyscy na oczy. To boli, tak jak boli spojrzenie w światło po miesiącu w ciemności. Jednak lepiej widzieć niż trwać w mroku.

Napisanie tego „artykułu” wymagało ode mnie pewnego autokrytycyzmu, gdyż sam zwróciłem uwagę, że jestem nieco uprzedzony np. do stanu kapłańskiego. Trudno mi się jednak chyba dziwić, skoro oficjelne stanowisko tegoż stanu jest wobec Ludzi Mojego Pokroju dość dobrze znane. Prawda jest jednak taka, że nie każdy ksiądz gotów na stosach palić. I trzeba mi to też do wiadomości przyjąć. Lecz trwać bezkrytycznie zamiaru nie mam ;).

Ludzie a społeczeństwo

Odnotowałem ostatnio dziwne myśli pałętające się po Isgaladowej głowie. Można się było tego spodziewać, gdyż ostatnie pół roku było dla mnie czasem poważnych zmian w nastawieniu do samego siebie, a także do innych ludzi. Przemyślenia moje mogą po części wydawać się cyniczne, po części zaś pozbawione sensu, jednak to tylko wrażenie. Żywię głębokie przekonanie, że mam jednak trochę racji i kupy się moje wypociny trzymają, dlatego postanowiłem się nimi ze światem podzielić.

Otóż ludzie to stworzenia niezwykle ciekawe, tworzące równie ciekawe machanizmy jak na przykład społeczeństwo. I najważniejsze w poruszanym problemie jest to, że ludzie to nie społeczeństwo, jednak społeczeństwo stanowią ludzie. Zanim wysnułem ten wniosek doznawałem dość poważnego dysonansu poznawczego, gdyż ludzi zawsze szanowałem i byli oni dla mnie ważni. Z drugiej jednak strony mam głęboko zakorzenioną rezerwę do społeczeństwa, która to rezerwa niejednokrotnie zakrawa o pogardę. O ile ludzie mają uczucia, wierzą w tak ważne dla człowieczeństwa kłamstwa* jak miłość, nadzieja, przyjaźń czy litość, to społeczeństwo w takie zabobony nie pokłada zaufania. Gdybyż choć się to społeczeństwo odznaczało jakąś niebywałą mądrością czy inteligencją… Ale nie, ono jest jak tłum, kupi wszystko co mu się sprzeda, każdy chłam i każdą szmirę. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, podoba mi się jednak teoria sir Terry’ego Pratchetta mówiąca, iż iloraz inteligencji tłumu jest równy ilorazowi najgłupszego z jego elementów podzieloną przez tych elementów ilość. Dziwi mnie to jednak, gdyż na prawdę mało spotkałem ludzi z takimi klapkami na oczach jak ma ogół nas otaczający. Widać po prostu kiedy zbiera się więcej niż sto osób kumulują się ich negatywne cechy, a te bardziej warte ukazania są zbyt nieśmiałe, by się przebić.

Dlatego apeluję do wszystkich, którzy to czytają (o ile ktokolwiek): bądźcie ludźmi ale nie dajcie z siebie zrobić części szarej masy, tłumu skandującego pod krzyżem w Warszawie, tymi, którzy chcieliby rzucić kamień tylko dlatego, że są w większości. Trzeba pamiętać, że to co podoba się wszystkim nie zawsze musi być najlepsze.

Nade wszystko chcę sam być człowiekiem, a nie częścią tłumu. Widzę jakie to ciężkie i tym bardziej mnie to trwoży. Trzeba się starać.

Kwestie bardziej osobiste, czyli „co u mnie”:

Sesja mija. Jak krew z nosa się ciągnie, z drugiej strony terminy egzaminów zbliżają się z zatrważającą prędkością. Większość rzeczy zaliczona, jedna na pewno do poprawki, druga na 99%. Życie mija. Trochę zbyt samotnie, odrobinę bez uczucia, ale mija. Przynajmniej nie jest specjalnie depresyjne, nie mogę narzekać. Przyjaciół jest sporo i są to przyjaciele dobrzy. Cieszę się z tego, bowiem trudno dziś o takich.

*Sądzicie, że to nie kłamstwa? Zatem posłużę się cytatem: „TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK…” Wiedźmikołaj T. Pratchett

Witaj świecie!

Po polsku ten tytuł brzmi nieco bardziej oryginalnie niż angielskie „Hello World!”, a w sumie do wpisu adekwatny, więc zostawiłem.

Teraz chyba powinienem się przywitać, przedstawić, opowiedzieć o sobie. Dochodząc do wniosku, że do tego blog między innymi służy postanowiłem dopełnić choć po części tego tajemniczego obrzędu.

Jestem ja sobie Isgalad i tak mnie niestety nazywać będziecie musieli Drodzy Czytelnicy. Mam latek 20, studiuję na całkiem sympatycznym, lecz trudnym technicznym kierunku. Pochodzę z małego miasteczka, które niech pozostanie bezimiennym, teraz zaś przebywam w jednym z większych polskich miast i o dziwo czuję się tu świetnie. Jeśli ktokolwiek to w ogóle czyta, mógłby zastanowić się nad moim hobby, zainteresowaniami. Śpiesząc z wyjaśnieniem wymieniam czytanie, fizykę, szeroko pojęte fantasy i gry RPG. No i last, but not least – spotkania z przyjaciółmi. [Tu słychać łoskot burzonego obrazu no-life’a i nerda piszącego blog, bo w normalnym świecie nie jest w stanie nawiązać żadnego kontaktu]. Wygląd: włosy ciemne, krótkie, ~175 cm wzrostu, chudszy niż grubszy (pomiędzy 65 a 70 kg). Więcej w tej materii wiedzieć nie potrzeba. Charakter: nieco egocentryczny (jacy inni ludzie piszą blogi, come on xD), ostatnio troszkę sentymentalny, mimo wszystko jednak praktyczny. Robię wszystko coby być jak najlepszym człowiekiem, łatwo się przywiązuję do ludzi i lubię im pomagać (w granicach rozsądku). Do tego leń patentowany, który zamiast teraz ryć na jutrzejsze koło, bawi się wordpressami.

Kilka uwag gwoli uniknięcia nieporozumień:

1. Isgalad będzie starał się być grzeczny, jednak nie obiecuje, że jego poglądy nie wywołają kontrowersji, nie obiecuje również, że używać będzie tylko języka parlamentarnego.

2. Isgalad nie jest „prawdziwym mężczyzną” <TM>, gdyże to sodomita przebrzydły zwany gejem po częściowym coming oucie. Isgalad nie przyzna się jak się nazywa, gdyż w tym społeczeństwie to nie wypali, poza tym nie chce mieć na karku… karków.

3. Isgalad nie jest patriotą w ogólnym rozumieniu tego słowa, co nie zmienia faktu, że swój kraj kocha i krew gotów by był za niego przelewać (po zweryfikowaniu, czy kraj czasem aby sam złego nie czyni).

4. Isgaladowi wydaje się, że posiada mózg, przez co jest zadufanym w sobie arogantem gotowym usuwać wszelkie komentarze, które uważa za reprezentujące poziom intelektualny planktonu (nie obrażając wszelkich mikroorganizmów).

Więcej informacji, ewentualne uzupełnienia, odpowiedzi na pytania (rzeczywiście zadufany w sobie arogant, nie?) pojawią się zapewne we wpisach kolejnych. Wpisy mam nadzieję robić częściej niż na jedynym blogu, jaki do tej pory posiadałem, a jaki zdechł z braku systematyczności.

Z poważaniem,
Isgalad

P.S.
Przejawia się silne skłonności do słowotoku.