Tak sobie myślę, że właśnie przeżywam jeden ze szczęśliwszych okresów w moim życiu. Osobiście mi się wszystko ułożyło nawet lepiej niż mogłem przewidywać. Z drugiej jednak strony zawodowo jest kiszka – sam nie wiem ile już „cefałek” rozesłałem po necie i rozniosłem po mieście – zero reakcji. Ja wiem, że kryzys, że studentów nie chcą, że sezonówki raczej ciężko znaleźć, ale na wszelkich bogów Asgardu – żeby tak w ogóle nic?

Coby nie było – znam własne ograniczenia i nie aplikuję w miejsca, w których wiem, że nie dam rady. Tak więc Call Center odpada, ale czemu nie chcą nikogo w sklepach, na magazynach, nawet jako „tajemniczego klienta”. Ja bym się może od biedy nawet na kanara zaciągnął. Jak tak patrzę na to co się dookoła dzieje to wydaje mi się, że pracę można dostać tylko niesłychanym fartem albo przez znajomości. Większość (powalająca) moich znajomków, którzy dobrą fuchę dorwali załatwiła to sobie dzięki plecom.

Reklamy