Category: Home


Klip przyjazny

Dzisiaj dostałem z K. na portalu dość znanym wiadomość (co za często się nie dzieje, gdyż ludzie w związkach nie są najpopularniejsi na tego rodzaju przybytkach). Zaciekawiony byłem co to je to, więc otworzyłem. Przywitała mnie w pierwszej już linijce radująca wielce wiadomość „To nie jest SPAM”.
Taki wstępniak nastroił mnie dość wrogo, ponieważ, rzecz jasna, zacząłem właśnie oczekiwać spamu. Nie będę osądzał czy wysłana mi rzecz spamem była, ponieważ kilka kryteriów spełnia, z drugiej zaś strony zbyt to „społeczne”, żeby od razu szufladkować.

Ale, ale. Co zawierała wiadomość, zapytacie. Śpieszę z odpowiedzią. W środku, poza krótkim komentarzem był link do konkursu na teledyski. Konkretnie autorzy wiadomości prosili o zagłosowanie na swój klip (tu parafraza) „przyjazny ludziom LGTB”.

[Tu pisanie zostało mi przerwane w sposób o tyleż niecny co przyjemny]

Wracając do meritum: Klip obejrzałem. Dwa razy nawet. I komentarz mój do tego jest taki – teledysk bardzo fajny. Miły i ładny, na kształt tych zwykłych, ale rzeczywiście „przyjazny”, a na to zawsze mi miło popatrzeć. Z drugiej jednak strony kawałek śpiewany przez wokalistę był nieco… Miałki? Taki zwyczajny mocno, niczym się nie wyróżniający. Nie było też tragedii, ale to nie jest coś co wrzucę do playlisty. Ot taki ni to rock ni to pop o miłości. W geście solidarności zagłosowałem jednak, a jako że teledysk był miły to i nie robiłem tego wbrew sobie. Pod spodem znajdziecie link do stroniczki z teledyskiem.

Pozdrawiam

A to link:
http://www.klipon.pl/filmy_konkursowe_4.html

Reklamy

Witam po wielu dniach nieobecności. Tak to jest, że jak w życiu zaczyna się układać, być nieco milej, to człowiekowi przestaje się chcieć płakać w eteryczne ramię internetu. Z drugiej strony woli podyskutować z żywym człowiekiem niż swoje wypociny przelewać na ekrany mniej lub bardziej anonimowych czytelników.

Pędzę jednak niczym strzała do meritum, a więc tytułowej demobilizacji.

Czy nie miewacie tak, że kiedy za dużo obowiązków na Was spada to odechciewa się Wam absolutnie wszystkiego. Stajecie się mniej produktywni, a „ogarnięcie się” jest coraz trudniejsze? Podejrzewam, że jeśli nie wszyscy, to co najmniej część z Was zna to uczucie. Szczególnie studenci przed sesją, kiedy trzeba ponadrabiać wszystkie zaległości, oddać spóźnione już srogo prace i przygotować się na gro kolokwiów i egzaminów.
Otóż autor właśnie przeżywa taki stan, który pogarsza mu się od jakichś… dwóch lat? Nie no, może aż tak źle nie jest. Żywię jednak (prawdopodobnie płonną) nadzieję, że w przyszłym semestrze będę miał nieco choć więcej pary.

Gdzie jednak szukać źródeł takiego marazmu? Możliwe, że w nieco ponurej, acz odprężającej konstatacji, że świat działa niejako „bez ciebie”. To liryczne „ciebie” tyczy się większości ludzi. Zachowujemy się w sumie jak komórki jakiegoś wielkiego amebowatego w swej naturze tworu. Wycięcie jednostki nijak mu prawdopodobnie nie szkodzi, a o celowości działania nie wspomnę, gdyż wielgachna galareta tego dziwacznego organizmu rozlewa się wokół bez ukierunkowania czy jakichkolwiek wypadkowych pobudek.

Z drugiej strony co się stało z moim, tak niegdyś hołubionym, indywidualizmem? Pozostał, jednak przeżywa pewien kryzys. Coś jak gospodarka. Jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do gospodarki naszego kraju, dość szybko mi przejdzie. Tyle topicowej ewangelii.

Teraz trochę mojego pieprzenia:
* Nie wiem czy to rozwój czy regres, ale przestałem się ograniczać, jeśli chodzi o gatunki muzyki, a bardziej precyzyjnie – zamykać na pop. I nie, nie lubię nagle Lady Gagę. Za to Mika ma całkiem fajne płyty (może poza kilkoma wtopami w pojedynczych utworach – np. Relax). Winien temu jest mój ukochany K., który poszerza mi horyzonty. Filmowe i muzyczne. Z drugiej jednak strony ja bym chętnie jemu też je „poposzerzał”, na przykład w kwestii tańczenia^^.
* Zacząłem i skończyłem studiować drugi kierunek studiów. Niestety „prostudencka” postawa pewnego prodziekana skutecznie odstraszyła mnie od przedsięwzięcia. A szkoda, bo tak pewnie skończy się podyplomówką.
* K. chce tworzyć vloga ze mną i jeszcze jedną osobą + opcjami gościnnymi. Nie wiem co nam z tego wyjdzie, jednak trzymam kciuki.

Good Bye, Internet
Mam nadzieję, że jakoś się tu jeszcze w najbliższym czasie zaktywizuję jednak, bo pisanie bloga jest… Miłe.

Inny czy taki sam?

Ha! prawdą jest, że czytać trzeba. Przeczytałem dwie książki i mi wena wróciła. w różnych miejscach można szukać inspiracji, ale nie ma chyba nic tak pobudzającego kreatywność jak dobra lektura.

A teraz do rzeczy:

Będzie o gejostwie, bo i dawno nie było. Ale nie tylko o tym, bo i rzadko tak u mnie bywało, żebym odnosił się tylko do tej kwestii. Otóż przykuły moją uwagę liczne stwierdzenia płynące czy to od KPH czy od innych organizacji postulujących o równe prawa dla każdej orientacji. Chodzi mi o zdania typu „jesteśmy tacy sami jak wszyscy”, „niczym się od Was (heteroseksualistów) nie różnimy” etc., etc.

Jestem zmuszony zaprotestować. Nie, nie jesteśmy tacy sami. Jesteśmy inni, często mocno. Tylko, że zawsze jest jakieś „ale”. Jedyną różnicą płynącą z nas samych jest „waginosceptycyzm” w przypadku mężczyzn i „penisowstręt” w przypadku kobiet. Resztę załatwiacie nam Wy, nasze drogie społeczeństwo (i nie kieruję tego broń Boże do czytelnika ad persona). Czym więc i dlaczego różnimy się od reszty? Proszę bardzo, co ważniejsze rzeczy wymienię w punktach:

1. Stereotypowy gej – gwiazdeczka.
Ekstrawaganckie zachowanie, ubiór, styl życia i inne dziwactwa. Wiadomo, że są tacy, zdania na ich temat są podzielone, nie mi oceniać i nie tym się tu zajmuję, więc nie przeczytacie czy to „cute” czy „przegięte”. Mogę dochodzić tylko przyczyn. Oczywiście każdy człowiek jest inny, ale wydaje mi się, że większość „gwiazdeczek” reaguje tak na zasadzie: będę się różnił możliwie najbardziej od otaczającego mnie shitu. I to nie koniecznie z premedytacją, może nawet podświadomie. Tak czy siak ja tu widzę silną opozycję do tak zwanej „normalności” zakłamanej u swych podstaw. Przynajmniej uważa tak mniej lub bardziej świadomie nasza „gwiazdka”.

2. Szaraczek.
Nikt by w życiu nie powiedział. Normalny chłopak, do Kościoła chodzi, na tacę da, wódki się napije, o cyckach kilka żartów powie. Ot kolejny kumpel, znajomy. Tak jest łatwo. Chować się przed zagrożeniem i ostracyzmem. Nie ma nic prostszego i nie ma co się rozwodzić. Tylko tutaj prędzej czy później wyjdzie szydło z worka i nie wiadomo wtedy co począć. Ale jakoś się toczy.

3. Działacz.
Często może, acz nie musi występować w połączeniu z punktem pierwszym. Działacz uświadamia ludzi dookoła siebie, że wszelkie przejawy ostracyzmu są złe. Wygłasza prelekcje, zapisuje się do różnych ruchów i chce uczynić świat dookoła lepszym. Jeśli nie dla siebie to dla przyszłych pokoleń.

4. Odsunięty.
Żyje w swoim świecie. Nie przejmuje się otaczającym światem, ogranicza się tylko do najbliższych znajomych, rodziny, partnera. Wynika to z przekonania, że walczyć z wiatrakami nie ma wielkiego sensu, z drugiej zaś strony nie wolno dać otoczeniu dyktować sobie warunków.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać dość długo. Jest jeszcze jedna kwestia. Niektórzy dzięki swojej odmienności mogą spojrzeć na otaczający świat z nieco większym dystansem. Mogą się wyzbyć własnych uprzedzeń patrząc jakich sami doświadczają.

Tak niestety jest nie tylko w przypadku „homo”, ale w przypadku każdego kto w jakiś sposób jest wyjęty poza społeczną ramkę. Nie mieści się w marginesie odchyleń które można uznać za zwykłe. Urodził się nie tam i nie w tym czasie co trzeba.

Z drugiej zaś strony i tak jest coraz lepiej. Ja mam wspaniałych znajomych, z których jak dotychczas każdy przyjął wiadomość o mojej odmienności spokojnie, bez cienia negatywnej emocji. Może to dobrzy aktorzy, a może to ja dobrze dobieram sobie znajomków. Wolę wierzyć w to drugie. Tak czy siak, jeśli któryś z Was to czyta to dziękuję.

Chcę zaznaczyć, że w innych aspektach nie różnimy się specjalnie od całej reszty. Tak samo jemy, kochamy, cierpimy i się cieszymy. Tu KPH i spółka mają rację. I tego radzę się trzymać.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Isgalad

Dobrze? Źle? Jak?

Tak sobie myślę, że właśnie przeżywam jeden ze szczęśliwszych okresów w moim życiu. Osobiście mi się wszystko ułożyło nawet lepiej niż mogłem przewidywać. Z drugiej jednak strony zawodowo jest kiszka – sam nie wiem ile już „cefałek” rozesłałem po necie i rozniosłem po mieście – zero reakcji. Ja wiem, że kryzys, że studentów nie chcą, że sezonówki raczej ciężko znaleźć, ale na wszelkich bogów Asgardu – żeby tak w ogóle nic?

Coby nie było – znam własne ograniczenia i nie aplikuję w miejsca, w których wiem, że nie dam rady. Tak więc Call Center odpada, ale czemu nie chcą nikogo w sklepach, na magazynach, nawet jako „tajemniczego klienta”. Ja bym się może od biedy nawet na kanara zaciągnął. Jak tak patrzę na to co się dookoła dzieje to wydaje mi się, że pracę można dostać tylko niesłychanym fartem albo przez znajomości. Większość (powalająca) moich znajomków, którzy dobrą fuchę dorwali załatwiła to sobie dzięki plecom.

Krótka wyliczanka

Jejku, jakże dawno tu się nic nie pojawiło. Po części jest to wina życiowej bonanzy jaką mi los ostatnio zgotował, po części zaś braku wewnętrznego bólu istnienia, który jest u mnie nad wyraz wenogenny jeśli o bloga chodzi. Spójrzmy więc na bagaż doświadczeń jakie wyniosłem z ostatnich kilku miesięcy.

1. Szczęście spotkasz czasem tam gdzie się go spodziewasz, a czasem zupełnie gdzieś indziej.

Taka prawda moi drodzy. Z czasem jest tak samo – nie wiadomo kiedy los się do Ciebie uśmiechnie, nie wiadomo też kiedy to nastąpi. Ja na ten przykład szukałem szczęścia długo, na tyle długo, że zacząłem tracić wiarę w homoseksualną część naszego społeczeństwa, aż wreszcie się udało. Haters gona hate, ale i tak powiem, że sporą rolę odegrał tu przypadek, kupno torby na laptop, krańce Polski przeciwległe i pewien festiwal (no, festiwal prawie nie odegrał tu roli xD).
I powiedzą Wam mądrzy ludzie – nie szukajcie na siłę szczęścia, ono samo przyjdzie, jak kot, co to nie lubi, żeby go tarmosić, a sam na kolana włazi jak ma po temu ochotę. Ośmielę się nie zgodzić, przynajmniej częściowo: Szukajcie a znajdziecie, takie jest moje doświadczenie. Albo to Was znajdą. Jednak nie róbcie tego zbyt rozpaczliwie, wtedy zbyt dużo czeka rozczarowań.

2. NIGDY nie pracuj w call center.

Pomijam zupełnie problem etyki tego zajęcia – żadna praca nie hańbi, a jak człowiek jest ogarnięty i słucha co się do niego mówi, to nie kupi od konsultanta tego czego nie chce. Ta robota jest po prostu wykańczająca psychicznie – polega to na całodziennym kłóceniu się z klientami. Nie polecam, tym bardziej, że trafiają się prawdziwi kretyni. Mnie jeden pan opieprzał przez bite 5 minut za to, że spytałem go czy jest pełnoletni.
Nie mogę się za to przyczepić do współpracowników i przełożonych: wiadomo, że będą cisnąć o wyniki – to ich praca – ale ogólnie byli w porządku. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Wytrzymałem całe trzy dni na słuchawce. Wiem, ciota ze mnie straszna, ale nie mam zamiaru się męczyć.

3. Ludzie z reguły nie są słowni.

Drugi pracodawca do dziś leci ze mną w kulki. Robi to na tyle chamowato, że zaczynam roznosić CV po innych miejscach. W międzyczasie, gdyby nie K. przymierałbym głodem.

4. Intencje często nie są odbierane tak jak powinny.

Brak kontaktu z mojej strony wobec niektórych osób wiązał się początkowo z utratą dostępu do neta (okresowo), później zaś ze zmęczeniem nową pracą. Nie jest tak, że mi się nie chce pisać do kogoś, ale po prostu dłuższy czas wracałem do domu nie mając siły na nic innego poza przejrzeniem kwejka i obejrzeniem odcinka durnego sitcomu. Poza tym mało czasu wtedy dla siebie mieliśmy z K. więc staraliśmy się każdą chwilę jak najlepiej wykorzystać.

5. Na Polibudzie bez zmian.

Nikt nic nie wie. Wszyscy wiedzą, że ta informacja gdzieś jest w internecie, nikt nie wie gdzie, prawdopodobnie nikt jej nie widział. Dobrze, że całą akcję było można łatwo obejść i mam drugi kierunek, jednak 85 złotych w tył jestem przez to.

Może na coś bardziej kreatywnego posilę się jutro w dzień, tymczasem zwijam się. Dobrej nocy Ludki^^.

Zaślepienie?

Skopiowana moja wypowiedź skądinąnd.

Nie jestem ateistą, but sorry – yours arguments are invalid:

1. Bo wszyscy ateiści są źli i nie robią nic dobrego. Jaaaasne, sam mam kilku znajomych, którymi mógłbym zdementować to zdanie. Poza tym czy to nie jest często tak, że wierzący działają na tej samej zasadzie? „Ja przynajmniej znam prawdę i jestem zajebisty”? Sounds familiar?

2. Przyjmijta do wiadomości, że agnostyk to nie ateista i na odwrót. To raz. Dwa, osoba przekonana o własnej nieomylności, jest albo mega zaślepiona, albo zadufana w sobie. Trzy: a np. Chrześcijanie to na ile podkategorii się podzielili? Wiele: Katolicy, Babtyści, Świadkowie Jehowy, Kalwiniści… Żeby nie było inni robią tak samo: Buddyści, Shintaoiści, Muzułmanie…

3. Sporo ateistów, szczególnie „wojujących” zna Biblię na poziomie lepszym od sporej liczby Chrześcijan. Często nawet rozumieją ideę, ale się z nią nie zgadzają, próbują prowadzić polemikę, ale religie są w tym kiepskie. Specjalnie napisałem stereotypem. Wiecie czemu? Bo autor samego kwejka opiera się wyłącznie na nich, zarzucając jednocześnie drugiej stronie właśnie budowanie swoich opinii na stereotypach. Czyżby hipokryzja?

4. Byłoby jeszcze całkiem spoko jakby ci „ludzie popełniający błędy” potrafili się do nich przyznać. Ale funkcjonuje coś takiego jak domniemanie nieomylności Kościoła i Papieża jako namiestnika Chrystusa. No chyba, że autor kwejka to kwestionuje, ale to trąci mi nieco herezją. Ale ja się nie znam…

5. Jakby Ciebie rodzice/dziadkowie/ktokolwiek zmuszali do łażenia do buddyjskiej świątyni co tydzień, mimo, że nie wyznajesz tej religii to też nie byłbyś zachwycony. Chyba, że byłbyś… Ale wtedy jest to co najmniej dziwne.

6. Wiara ogólnie potrafi ocalić. Potrafi również zabić (vide: krucjaty, dżihad). Także miłość, lojalność, przyjaźń i nadzieja potrafią ocalić.
Kult świętych nie jest wyznawany nawet przez sporą część odłamów Chrześcijaństwa. Cuda mogą być spowodowane samą wiarą, nie faktycznym istnieniem siły wyższej. Dowodów NIE MA. Jest tylko wiara. Jeśli wiara dla autora równa się wiedzy, to słabo. Bo nie sztuką jest wiedzieć, prawdziwą sztuką jest wierzyć. A jeśli ktoś twierdzi, że wie, że Bóg istnieje, to albo jest nieco ociężały umysłowo, albo miał personalne objawienie.
Nikt też nie twierdzi, że Chrystus jako postać historyczna nie istniał. Kwestionuje się jedynie domniemanie Jego boskości. No chyba, że jakiś ateista mówi, że „Chrystus nie istniał”. Wtedy widać, że ma poważne braki w wiedzy historycznej.

7. Ateiści nie argumentują tego w ten sposób. Oni twierdzą, że działalności Boga nie da się w żaden sposób zaobserwować. Każdą domniemaną Boską interwencję da się zrzucić na karb zbiorowej lub indywidualnej halucynacji, siły wiary bądź niezbadanych właściwości ludzkiego mózgu. Przykład ze szczoteczką jest chybiony o tyle, że widać efekty jej działania i są one bezdyskusyjne – zęby masz czyste.

8. Chrześcijaństwo, a w szczególności Katolicyzm twierdzi, że ma jedyną prawdziwą rację i każdy kto myśli inaczej myli się. To powoduje agresję ze strony ateistów, bowiem są traktowani „z góry” i najczęściej nie mogą w ogóle podjąć dialogu czy dyskusji. Krytyka zaś spotyka na ogół dominującą religię na danym obszarze, więc ateiści z europy będą krytykować Chrześcijaństwo, zaś z bliskiego wschodu – muzułmanizm. To znaczy krytykowaliby, gdyby nie bali się dostać kulki w łeb. Inne religie na ogół nie są tak agresywne w narzucaniu swoich poglądów – vide Buddyzm czy Taoizm. Dlatego też nie wywołują tak silnych emocji.

Podsumowując: jako osoba wierząca w Boga potrafię bez wysiłku wytknąć tu tyle błędów logicznych i niesprawiedliwych osądów ad hoc. Ludzie! Nie wolno być głuchym. Trzeba dyskutować, a nie kłócić się. Nie sztuką jest powiedzieć w wyrafinowany sposób „Jesteś głupi, bo się ze mną nie zgadzasz”. Arogancja występuje z obu stron.

Czasem zdarza się, że człowiek zwyczajnie nie ma co napisać. Nazwałbym to może artblockiem, ale nie uważam tego bloga za coś związanego ze sztuką specjalnie mocno, jest to raczej użytkowa forma układania myśli połączona z realizacją potrzeby egocentryzmu (jako, że jestem jedynakiem). Wolę egocentryzm realizować przez internetowy ekshibicjonizm, a w świecie realnym pozostawać osobą społecznie wydolną. Tak więc piszę tutaj.

Ostatnio jednak mało pojawia się nowych notek. Jest to warunkowane kilkoma czynnikami: po pierwsze – sesja w toku, więc robię wszystko, żeby przed samym sobą udawać, że się uczę, ergo „nie mam czasu” i oglądam „jeszcze tylko jeden odcinek” serialu. Kolejną sprawą jest to, że życie prywatne mi się nieco rozrosło, więc są ciekawsze rzeczy do roboty niż ślęczenie przed ekranem komputera. Trzecią rzeczą jest fakt, że… nie mam na co ponarzekać. Najłatwiej pisze mi się notki nieco cyniczne, zabarwione ironią, lekko utyskujące na fenomeny świata otaczającego moją (nie)skromną osobę. Z tym, że kiedy zaczyna się nieco układać dookoła człowieka, kiedy ten jest szczęśliwy, problemy wydają się bardziej błahe, niewarte opisywania. Stąd brak tematu na posty. Ale, skoro już jest okazja, to na coś tam sobie ponarzekam.

Na pierwszy ogień niech pójdzie temat topowy, tak mainstreamem ociekający, że aż moją hipsterską dupę żal ściska srogi i nawet sranie na kwadratowo nie wychodzi tak jak kiedyś. Otóż, proszę Państwa: ERŁO 2012 (przez niektórych mylnie nazywane Euro). Cała feta jest dla mnie bardzo, ale to bardzo… obojętna. To znaczy: cieszę się, jak nasi wygrają (a nawet jak zremisowali), może nawet nieco rozczaruję się porażką Orełków, ale nie dostanę od tego zapaści, orgazmu czy nerwicy maniakalno-depresyjnej. Z drugiej zaś strony zdaję sobie sprawę, że naszego kraju nie stać na organizację takiej uroczystości. Czemu nie zainwestować tych wszystkich pieniędzy, które na całej imprezie stracimy w coś bardziej pożytecznego? Nie wiem, oświatę choćby. Albo służbę zdrowia. Kolejny punkt widzenia przedstawia się następująco: lud potrzebuje igrzysk. Nie ma co z tym dyskutować, argumentacja logiczna bierze tu w łeb, bo każda forma zabawy się jej w jakiś sposób wymyka. Słowem podsumowania: Euro jest mi obojętne – są jego plusy, są minusy. Nie ma się o co bez potrzeby ciskać (i tak już „stało się”), a z drugiej strony jako osoba żywo niezainteresowana piłką nożną nie widzę powodu do specjalnego entuzjazmu. Najbardziej zaś, jak zwykle, na nerwy działają ludzie: albo zachowują się jak surykatki na końskiej dawce ekstazy, albo narzekają (nie gniewaj się K. :P) chociaż jakieś plusy przecież też są. Euro już jest, nie zmienimy tego, więc może warto się choć uśmiechnąć na okrzyk „GOOOOL!” płynący z radia taksówki stojącej właśnie na światłach. Aha: strefa kibica w Rynku to rzeczywiście straszna wtopa :P.

Kolejna sprawa:
Isgalad odkrywczo oznajmia: ludzie bywają strasznymi chujami. I wcale nie mam zamiaru pisać, że mi się to nie zdarza, bo zdarza się, jak 95,567% naszej populacji (aproksymacja metodą „z dupy”). Nie zamierzam też piętnować jednostek, tylko ich zachowania. Precyzując nieco – ten akapit chcę poświęcić zasadzie „zawsze czysto – zawsze pewnie” w relacjach międzyludzkich. Otóż na blogu znajomego pewien wpis przykuł moją uwagę, przypomniał kilka przeszłych spraw, co doprowadziło do refleksji (nie mylić z refluksem, to jest coś innego, choć nieraz podobnie nieprzyjemne).
„Life is brutal” jak to mówią. Stąd też czasem trzeba drugiej osobie powiedzieć coś, czego ona nie chciałaby usłyszeć. Pal sześć, jeśli delikwenta jakoś bardzo nie lubimy. Koledze, przyjacielowi, osobie, do której się przywiązaliśmy powiedzieć jest trudniej. Wiele takich sytuacji jest za mną, pewnie wiele przede mną, szczęściem obecnie nic takiego mnie osobiście nie gryzie. Do tej pory chyba hołdowałem zasadzie, którą przytoczyłem na początku akapitu. Czasami udawało się to lepiej, czasem gorzej, ale za każdym razem choć próbowałem jakoś wszystkie sprawy poukładać, bo istnieje jeszcze coś takiego jak empatia. Z drugiej strony pojawiają się sytuacje, gdy człowiek nie ma zwyczajnie odwagi podjąć kroków koniecznych. Też się zdarzyło, na szczęście raz (chyba). Prowadzi to do nader nieprzyjemnych sytuacji, gdzie kwas w ludziach fermentuje w bardzo nieprzyjemny sposób, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Najlepiej to chyba pokazać na przykładzie rozpadającego się związku, czy nawet zalążka związku bez szans na przetrwanie. Jedna strona wie, że „pacjent zszedł”, druga zaś nie. Pierwsza osoba zostawia zwłoki na stole operacyjnym, podpina tylko jakieś elektrody rodem z opowieści o Frankensteinie i tworzy zombie. Ale trup pozostaje trupem i zaczyna śmierdzieć. Początki są niewinne: nie odpisanie na wiadomość, nieodebranie telefonu. Potem zaczyna się unikanie. W międzyczasie dochodzi chwyt „bądź tak opryskliwy i nieprzyjemny, aż ta druga strona sama skończy”. Efektem takiej zabawy na ogół jest poranienie siebie i osoby zaangażowanej. A jeśli nie rani się przy tym siebie to… jest się strasznym człowiekiem. Tak więc – wujek dobra rada radzi: problemy rozwiązuj na bieżąco. Na szczęście sytuację osobistą autor tekstu ma czystą jak łza. Piszę to coby komuś głupie myśli jakieś się nie zaczęły pałętać po łbie, jak to przeczyta (strasznie niebezpieczny przykład wybrałem xD).

Słowem zakończenia: Życzę wszystkim czytelnikom pogody ducha, takiej jaką mam teraz. „Opaczności”, losowi czy Bogu dziękuję za to co od Niego dostałem – niech trwa. Szczególne pozdrowienia dla V, L (które pewnie tego nie przeczytają, gdyż „są za blisko i za dużo czasu ze mną spędzają, żeby jeszcze to czytać”), dla W, którego bloga czytam. Dla Lunatyka, który co prawda na blogu swoim się nie udziela, ale czasem pogadać się uda. Najbardziej zaś chcę pozdrowić K, dzięki Tobie właśnie piszę tu rzadziej.

P.S.
Ogromne mi to wyszło.

Wszystko

Ostatnio mało wpisów. Bo i o czym pisać? Od ostatniego wpisu nie wiele się zmieniło, kilka rzeczy tylko uległo pogłębieniu. Nie umiem się skupić. Kiedy siadam do komputera w celu innym niż nauka to cukier leje się z klawiatury litrami. Przemierza łącze internetowe, zalepia światłowód i dociera do celu słodką melasą dziwnych wyznań, tak żenujących, że chyba nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego. Ale z drugiej strony nadciągają odpowiedzi. Druga strona wydaje się być całkiem zadowolona z potoku słodyczy jaki ją zalewa niemal co dzień. Teraz zaś druga strona śpi.
Nie! Nie śpi. Oddaje się swojemu hobby, które tak lubi, a do którego rzadko się przyznaje. On chociaż jakieś ma, ja jestem niewydarzonym bloggerem ze skłonnością do internetowego ekshibicjonizmu, niespełnionym fizykiem, który swojej pasji nie jest w stanie poświęcić choć pół godzinki dziennie. Fantastą za pięć groszy, który ostatnie opowiadanie napisał z rok temu, a książek nie ma czasu ostatnio czytać. Z drugiej jednak strony szukałem a zostałem znaleziony. Nie mogę narzekać. W końcu wszystko zaczyna się układać. Może wreszcie będę mógł myśleć nieco ściślej? Nieścigany przez ciągłe poczucie samotnego osaczenia przez otaczającą rzeczywistość, wrogą i obcą? Może wreszcie zacznie mi się chcieć. Bo warto chcieć. Dla dwóch kotów w domku, żeby drogą karmę miały i stałą opiekę weterynaryjną. Albo nawet dla jednego pchlarza. Może kiedyś będę żałował. Ale może nie.
Dla tego jednego „nie”, dla tego jednego „ale” warto zaryzykować. I dla tych oczu.

P.S.
Sorry, że burzę nastrój, ale jak się to czyta to można się zrzygać tęczą. Coś Ty mi zrobił w człowieka?

Latarenka

Późna noc, a mimo to siedzę tutaj, wlepiając oczy w monitor i zmuszam sieć neuronową do nauki. Potem wrócę do śruby tocznej pewnikiem, może jeszcze raz rzucę okiem na model mechanizmu. Nawet nie myśli się ciężko. Jeden jest tylko problem, że mózg zdaje się dryfować, skakać między tematami, szukać innego zajęcia.

Inne zajęcie – właśnie! Jakże by się chciało rzucić tą naukę w diabły. Ale wiadomo, że nie lza takich głupot robić bo tym większy żal później będzie. Co mnie rozprasza spytacie? Wiele rzeczy: budzik współlokatora, nakazujący mu już po raz n-ty obudzić się i wrócić do nauki; gadu-gadu kuszące obietnicą ciekawej rozmowy; przeglądarka internetowa dająca tak wiele możliwości… Blog, na którym wpisy ostatnio pojawiają się jakby rzadziej i jakby bardziej błahe. Może odrobina poczucia winy względem Lunatyka, bo z braku czasu dawno z nim nie gadałem, a choć znajomość jest czysto wirtualna, to okazał się on na prawdę fajnym kumplem. Przepraszam Cię Luniak, ale ostatnio wracam do domu o nieboskich porach, albo jestem zajęty bardzo tak jak dziś. Obiecuję znaleźć więcej czasu.

Najbardziej jednak rozpraszają mnie myśli o pewnej osobie. O Paratolu, Shrike’u. Jest on mi latarenką. W mroku nocy myśli ciągle jak ćma lecą ku niemu. tylko odrobina samodyscypliny pozwala mi zająć się czymś produktywnym. Z drugiej jednak strony kaganek ten pozwala mi się zogniskować. Daje siłę i powód do samozaparcia. Nie chcę być głupi. Chcę coś osiągnąć. Od niedawna nie tylko dla siebie. Dlatego właśnie w momencie gdy skończę ten wpis, pójdę do łazienki, ochlapię twarz zimną wodą i powrócę do jakże ciekawych i ważkich problemów mechatroniki.

Durny jestem straszliwie przy tym wszystkim. Tak wpaść po uszy, w tak krótkim czasie? To jest w ogóle możliwe? Może to jak z pogodą? Po długiej suszy przychodzi ulewa. Byle by tylko zbyt gwałtowna nie była i nie zmyła nam gruntu spod nóg. Wierzę jednak, że to będzie raczej życiodajny deszcz na pustynię mojego życia emocjonalnego niźli biblijna powódź z jedną łódeczką, na którą Noe przez pomyłkę zabrał dwa samce jednorożca.

Kończę więc i odchodzę, wpatrzony w mały ognik. Mały ognik, który może dać początek huczącemu wesoło kominkowi wyładowanemu płonącym drewnem wiśni, pachnącym jeszcze żywicą, przy którym będzie mogło się ogrzać kilka osób. Dwie osoby.

Na zakończenie pragnę pozdrowić: Lunatyka, Lenę (która i tak pewnie tego nie przeczyta), Klaudię, Michała i pewnego Toda. No i oczywiście Ciebie J.

P.S.

Na prawdę nie wiem czy powinienem publikować taki sentymentalny bełkot. Będę się jeszcze wstydził xD.

Nie lękajmy się

Spotkało mnie ostatnio sporo dobrego. Więcej niż mógłbym przewidzieć. Cieszę się tym, każdym dniem. Wszystko stało się szybko, mimochodem jakby. Kiedy dostajesz coś od losu, zaczynasz się bać. Boisz się straty, szukasz haczyka. Zastanawiasz się, gdzie jest ukryta pułapka, bo przecież nie ma nic za darmo, a świat na ogół nie jest miłym miejscem. Złe to jest. Przeszkadza się cieszyć, iść przed siebie, dążyć dalej do szczęścia. Z drugiej strony, wiadomo, że trzeba przed losem czuć pewien respekt. Daje to pewne hamulce, które też są potrzebne, żeby nie rozpędzić się za mocno i nie uderzyć z hukiem w metaforyczne drzewo. Boję się często. Ale cieszę się bardziej. Cieszmy się życiem, bo mamy tylko jedno, bójmy troszeczkę, żeby zachować rozsądek, idźmy do przodu, bo pozostawanie w jednym miejscu jest jak cofanie się. Wierzę, że może się udać.

Jeśli to czytasz Shrike, to wiedz, że Ci dziękuję.