Tag Archive: ja


Witam po wielu dniach nieobecności. Tak to jest, że jak w życiu zaczyna się układać, być nieco milej, to człowiekowi przestaje się chcieć płakać w eteryczne ramię internetu. Z drugiej strony woli podyskutować z żywym człowiekiem niż swoje wypociny przelewać na ekrany mniej lub bardziej anonimowych czytelników.

Pędzę jednak niczym strzała do meritum, a więc tytułowej demobilizacji.

Czy nie miewacie tak, że kiedy za dużo obowiązków na Was spada to odechciewa się Wam absolutnie wszystkiego. Stajecie się mniej produktywni, a „ogarnięcie się” jest coraz trudniejsze? Podejrzewam, że jeśli nie wszyscy, to co najmniej część z Was zna to uczucie. Szczególnie studenci przed sesją, kiedy trzeba ponadrabiać wszystkie zaległości, oddać spóźnione już srogo prace i przygotować się na gro kolokwiów i egzaminów.
Otóż autor właśnie przeżywa taki stan, który pogarsza mu się od jakichś… dwóch lat? Nie no, może aż tak źle nie jest. Żywię jednak (prawdopodobnie płonną) nadzieję, że w przyszłym semestrze będę miał nieco choć więcej pary.

Gdzie jednak szukać źródeł takiego marazmu? Możliwe, że w nieco ponurej, acz odprężającej konstatacji, że świat działa niejako „bez ciebie”. To liryczne „ciebie” tyczy się większości ludzi. Zachowujemy się w sumie jak komórki jakiegoś wielkiego amebowatego w swej naturze tworu. Wycięcie jednostki nijak mu prawdopodobnie nie szkodzi, a o celowości działania nie wspomnę, gdyż wielgachna galareta tego dziwacznego organizmu rozlewa się wokół bez ukierunkowania czy jakichkolwiek wypadkowych pobudek.

Z drugiej strony co się stało z moim, tak niegdyś hołubionym, indywidualizmem? Pozostał, jednak przeżywa pewien kryzys. Coś jak gospodarka. Jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do gospodarki naszego kraju, dość szybko mi przejdzie. Tyle topicowej ewangelii.

Teraz trochę mojego pieprzenia:
* Nie wiem czy to rozwój czy regres, ale przestałem się ograniczać, jeśli chodzi o gatunki muzyki, a bardziej precyzyjnie – zamykać na pop. I nie, nie lubię nagle Lady Gagę. Za to Mika ma całkiem fajne płyty (może poza kilkoma wtopami w pojedynczych utworach – np. Relax). Winien temu jest mój ukochany K., który poszerza mi horyzonty. Filmowe i muzyczne. Z drugiej jednak strony ja bym chętnie jemu też je „poposzerzał”, na przykład w kwestii tańczenia^^.
* Zacząłem i skończyłem studiować drugi kierunek studiów. Niestety „prostudencka” postawa pewnego prodziekana skutecznie odstraszyła mnie od przedsięwzięcia. A szkoda, bo tak pewnie skończy się podyplomówką.
* K. chce tworzyć vloga ze mną i jeszcze jedną osobą + opcjami gościnnymi. Nie wiem co nam z tego wyjdzie, jednak trzymam kciuki.

Good Bye, Internet
Mam nadzieję, że jakoś się tu jeszcze w najbliższym czasie zaktywizuję jednak, bo pisanie bloga jest… Miłe.

Reklamy

Dobrze? Źle? Jak?

Tak sobie myślę, że właśnie przeżywam jeden ze szczęśliwszych okresów w moim życiu. Osobiście mi się wszystko ułożyło nawet lepiej niż mogłem przewidywać. Z drugiej jednak strony zawodowo jest kiszka – sam nie wiem ile już „cefałek” rozesłałem po necie i rozniosłem po mieście – zero reakcji. Ja wiem, że kryzys, że studentów nie chcą, że sezonówki raczej ciężko znaleźć, ale na wszelkich bogów Asgardu – żeby tak w ogóle nic?

Coby nie było – znam własne ograniczenia i nie aplikuję w miejsca, w których wiem, że nie dam rady. Tak więc Call Center odpada, ale czemu nie chcą nikogo w sklepach, na magazynach, nawet jako „tajemniczego klienta”. Ja bym się może od biedy nawet na kanara zaciągnął. Jak tak patrzę na to co się dookoła dzieje to wydaje mi się, że pracę można dostać tylko niesłychanym fartem albo przez znajomości. Większość (powalająca) moich znajomków, którzy dobrą fuchę dorwali załatwiła to sobie dzięki plecom.

Krótka wyliczanka

Jejku, jakże dawno tu się nic nie pojawiło. Po części jest to wina życiowej bonanzy jaką mi los ostatnio zgotował, po części zaś braku wewnętrznego bólu istnienia, który jest u mnie nad wyraz wenogenny jeśli o bloga chodzi. Spójrzmy więc na bagaż doświadczeń jakie wyniosłem z ostatnich kilku miesięcy.

1. Szczęście spotkasz czasem tam gdzie się go spodziewasz, a czasem zupełnie gdzieś indziej.

Taka prawda moi drodzy. Z czasem jest tak samo – nie wiadomo kiedy los się do Ciebie uśmiechnie, nie wiadomo też kiedy to nastąpi. Ja na ten przykład szukałem szczęścia długo, na tyle długo, że zacząłem tracić wiarę w homoseksualną część naszego społeczeństwa, aż wreszcie się udało. Haters gona hate, ale i tak powiem, że sporą rolę odegrał tu przypadek, kupno torby na laptop, krańce Polski przeciwległe i pewien festiwal (no, festiwal prawie nie odegrał tu roli xD).
I powiedzą Wam mądrzy ludzie – nie szukajcie na siłę szczęścia, ono samo przyjdzie, jak kot, co to nie lubi, żeby go tarmosić, a sam na kolana włazi jak ma po temu ochotę. Ośmielę się nie zgodzić, przynajmniej częściowo: Szukajcie a znajdziecie, takie jest moje doświadczenie. Albo to Was znajdą. Jednak nie róbcie tego zbyt rozpaczliwie, wtedy zbyt dużo czeka rozczarowań.

2. NIGDY nie pracuj w call center.

Pomijam zupełnie problem etyki tego zajęcia – żadna praca nie hańbi, a jak człowiek jest ogarnięty i słucha co się do niego mówi, to nie kupi od konsultanta tego czego nie chce. Ta robota jest po prostu wykańczająca psychicznie – polega to na całodziennym kłóceniu się z klientami. Nie polecam, tym bardziej, że trafiają się prawdziwi kretyni. Mnie jeden pan opieprzał przez bite 5 minut za to, że spytałem go czy jest pełnoletni.
Nie mogę się za to przyczepić do współpracowników i przełożonych: wiadomo, że będą cisnąć o wyniki – to ich praca – ale ogólnie byli w porządku. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Wytrzymałem całe trzy dni na słuchawce. Wiem, ciota ze mnie straszna, ale nie mam zamiaru się męczyć.

3. Ludzie z reguły nie są słowni.

Drugi pracodawca do dziś leci ze mną w kulki. Robi to na tyle chamowato, że zaczynam roznosić CV po innych miejscach. W międzyczasie, gdyby nie K. przymierałbym głodem.

4. Intencje często nie są odbierane tak jak powinny.

Brak kontaktu z mojej strony wobec niektórych osób wiązał się początkowo z utratą dostępu do neta (okresowo), później zaś ze zmęczeniem nową pracą. Nie jest tak, że mi się nie chce pisać do kogoś, ale po prostu dłuższy czas wracałem do domu nie mając siły na nic innego poza przejrzeniem kwejka i obejrzeniem odcinka durnego sitcomu. Poza tym mało czasu wtedy dla siebie mieliśmy z K. więc staraliśmy się każdą chwilę jak najlepiej wykorzystać.

5. Na Polibudzie bez zmian.

Nikt nic nie wie. Wszyscy wiedzą, że ta informacja gdzieś jest w internecie, nikt nie wie gdzie, prawdopodobnie nikt jej nie widział. Dobrze, że całą akcję było można łatwo obejść i mam drugi kierunek, jednak 85 złotych w tył jestem przez to.

Może na coś bardziej kreatywnego posilę się jutro w dzień, tymczasem zwijam się. Dobrej nocy Ludki^^.

Wszystko

Ostatnio mało wpisów. Bo i o czym pisać? Od ostatniego wpisu nie wiele się zmieniło, kilka rzeczy tylko uległo pogłębieniu. Nie umiem się skupić. Kiedy siadam do komputera w celu innym niż nauka to cukier leje się z klawiatury litrami. Przemierza łącze internetowe, zalepia światłowód i dociera do celu słodką melasą dziwnych wyznań, tak żenujących, że chyba nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego. Ale z drugiej strony nadciągają odpowiedzi. Druga strona wydaje się być całkiem zadowolona z potoku słodyczy jaki ją zalewa niemal co dzień. Teraz zaś druga strona śpi.
Nie! Nie śpi. Oddaje się swojemu hobby, które tak lubi, a do którego rzadko się przyznaje. On chociaż jakieś ma, ja jestem niewydarzonym bloggerem ze skłonnością do internetowego ekshibicjonizmu, niespełnionym fizykiem, który swojej pasji nie jest w stanie poświęcić choć pół godzinki dziennie. Fantastą za pięć groszy, który ostatnie opowiadanie napisał z rok temu, a książek nie ma czasu ostatnio czytać. Z drugiej jednak strony szukałem a zostałem znaleziony. Nie mogę narzekać. W końcu wszystko zaczyna się układać. Może wreszcie będę mógł myśleć nieco ściślej? Nieścigany przez ciągłe poczucie samotnego osaczenia przez otaczającą rzeczywistość, wrogą i obcą? Może wreszcie zacznie mi się chcieć. Bo warto chcieć. Dla dwóch kotów w domku, żeby drogą karmę miały i stałą opiekę weterynaryjną. Albo nawet dla jednego pchlarza. Może kiedyś będę żałował. Ale może nie.
Dla tego jednego „nie”, dla tego jednego „ale” warto zaryzykować. I dla tych oczu.

P.S.
Sorry, że burzę nastrój, ale jak się to czyta to można się zrzygać tęczą. Coś Ty mi zrobił w człowieka?

Latarenka

Późna noc, a mimo to siedzę tutaj, wlepiając oczy w monitor i zmuszam sieć neuronową do nauki. Potem wrócę do śruby tocznej pewnikiem, może jeszcze raz rzucę okiem na model mechanizmu. Nawet nie myśli się ciężko. Jeden jest tylko problem, że mózg zdaje się dryfować, skakać między tematami, szukać innego zajęcia.

Inne zajęcie – właśnie! Jakże by się chciało rzucić tą naukę w diabły. Ale wiadomo, że nie lza takich głupot robić bo tym większy żal później będzie. Co mnie rozprasza spytacie? Wiele rzeczy: budzik współlokatora, nakazujący mu już po raz n-ty obudzić się i wrócić do nauki; gadu-gadu kuszące obietnicą ciekawej rozmowy; przeglądarka internetowa dająca tak wiele możliwości… Blog, na którym wpisy ostatnio pojawiają się jakby rzadziej i jakby bardziej błahe. Może odrobina poczucia winy względem Lunatyka, bo z braku czasu dawno z nim nie gadałem, a choć znajomość jest czysto wirtualna, to okazał się on na prawdę fajnym kumplem. Przepraszam Cię Luniak, ale ostatnio wracam do domu o nieboskich porach, albo jestem zajęty bardzo tak jak dziś. Obiecuję znaleźć więcej czasu.

Najbardziej jednak rozpraszają mnie myśli o pewnej osobie. O Paratolu, Shrike’u. Jest on mi latarenką. W mroku nocy myśli ciągle jak ćma lecą ku niemu. tylko odrobina samodyscypliny pozwala mi zająć się czymś produktywnym. Z drugiej jednak strony kaganek ten pozwala mi się zogniskować. Daje siłę i powód do samozaparcia. Nie chcę być głupi. Chcę coś osiągnąć. Od niedawna nie tylko dla siebie. Dlatego właśnie w momencie gdy skończę ten wpis, pójdę do łazienki, ochlapię twarz zimną wodą i powrócę do jakże ciekawych i ważkich problemów mechatroniki.

Durny jestem straszliwie przy tym wszystkim. Tak wpaść po uszy, w tak krótkim czasie? To jest w ogóle możliwe? Może to jak z pogodą? Po długiej suszy przychodzi ulewa. Byle by tylko zbyt gwałtowna nie była i nie zmyła nam gruntu spod nóg. Wierzę jednak, że to będzie raczej życiodajny deszcz na pustynię mojego życia emocjonalnego niźli biblijna powódź z jedną łódeczką, na którą Noe przez pomyłkę zabrał dwa samce jednorożca.

Kończę więc i odchodzę, wpatrzony w mały ognik. Mały ognik, który może dać początek huczącemu wesoło kominkowi wyładowanemu płonącym drewnem wiśni, pachnącym jeszcze żywicą, przy którym będzie mogło się ogrzać kilka osób. Dwie osoby.

Na zakończenie pragnę pozdrowić: Lunatyka, Lenę (która i tak pewnie tego nie przeczyta), Klaudię, Michała i pewnego Toda. No i oczywiście Ciebie J.

P.S.

Na prawdę nie wiem czy powinienem publikować taki sentymentalny bełkot. Będę się jeszcze wstydził xD.

Wiązanka mała dla grupki pewnej.

Są takie dni, że człowiek patrzy w monitor i nie wie co napisać. Nie chodzi o to, że nie chce pisać nic. Inaczej by nie wlampiał się w to świecące pudło jak kretyn jakiś. Dzisiaj właśnie taka niemoc twórcza przytrafiła się mi.

Dzień minął mi nieźle – wyspałem się, byłem u kolegi, potem spotkałem się z przyjaciółką i jej chłopakiem – ogólnie bardzo bezproduktywnie ale i miło. Żeby było ciekawiej, u kumpla oblałem sobie wrzątkiem pół spodni.

Doszedłem też do wniosku, że trzeba się wziąć za siebie na płaszczyźnie naukowej. Ponadrabiać zaległości i zacząć się rozwijać. Po prostu przypomniało mi się jak wiele ciekawych rzeczy można osiągnąć mimo sporej dawki nudnych informacji, które po drodze trzeba opanować. Tu podziękowania należą się pewnemu Michałowi, który odkąd go poznałem motywował mnie do nauki – nieświadomie zupełnie i pewnie jak to przeczyta (o ile) to będzie dość zdziwiony… A może i nie.

Dotarło do mnie także coś jeszcze. Jest kilka osób, które sprawiają, że chce mi się nad sobą pracować. Działają mi na ambicję, dają przykład, w niektórych dziedzinach stanowią wzór. Niewiele ich, ale dobrze, że są. Bo to są chyba jedne z najbardziej wartościowych znajomości, jakie może mieć człowiek. Szczególne podziękowania tu dla Pani L. (która prawdopodobnie tego nie przeczyta, gdyż boi się tego bloga :D), Pana M., a nawet dla Pana K. (który pewnie tego nie przeczyta i który najpewniej nic o tym nie wie… może i lepiej).

Poza tym ważne jest mieć w kimś oparcie i tu również są tacy ludzie w moim życiu. Bez nich pewnie nie byłbym taki sam jak teraz. Są ważni. Szczególnie Panie L., K. i V., choć nie tylko one.

Z innej zaś beczki nieco – przeczytałem pewnego bloga, później napisałem do autora. Odpisał. Rozwinęła się z tego rozmowa, mam nadzieję (nie jakoś specjalnie skrytą), że rozwinie się także znajomość, bo chłopak pisał całkiem ciekawie. Przypomniał mi trochę o mnie, o tym jak niektóre rzeczy wyglądały w mojej przeszłości i jak mnie to zmieniło. Może dlatego tak mocno na mnie jego blog zadziałał. Pozdrawiam więc i Ciebie autorze tamtego bloga (czy też blooga, jak zwykłeś pisać). Miło Cię poznać choć w postaci literek.

Pozdrowienia,
Isgalad

Szablon

Jakaż ironia. Na każdym kroku. Na każdym kroku jesteśmy zmuszani przez otoczenie do wpisywania się w określone kanony. Jeśli nie pasujesz do żadnego szablonu, to cię przytniemy, spokojna twoja głowa. Zestandaryzowani jak trybiki gigantycznej machiny.

I nikt nie mówi ci co masz robić. Nikt nie nakazuje, nie radzi, nie manipuluje. A jednak wiesz co masz robić. Bo tak się robi, bo tak się utarło. I nawet gdy uciekasz, bronisz się, zostanie ci przyklejona metka dziwaka. Jesteś w kolejnej foremce dopasowanej tak ładnie, a raczej to ciebie dopasowuje się do niej. Aż sam zaczynasz w to wierzyć i stajesz się kolejnym wyrobem seryjnym. Co więc robić? Bezczynność, bierność prowadzą do zaszufladkowania, gnanie pod prąd, ucieczka tym szybciej prowadzą w okowy Polskiej Normy Obywatela Niemainstreamowego.

Lecz gdzie tak na prawdę leży problem? Co się stało z ludźmi?

Niewielu już jest takich, co w sposób niewymuszony są sobą. Ludzi, którym nie zależy, lecz którzy się przejmują. Którzy nie przejmują się, a jednocześnie im zależy. Bo nie chodzi o kompletny mamtowdupizm, tak dziś powszechny i co do milimetra wymierzony. Chodzi o lekkość i naturalność bycia.

Mam nadzieję być takim człowiekiem. Nie dawać się światu. Ocenię to potem z góry lub z dołu, po końcu. Mam nadzieję być zadowolonym.

Równowaga

Ostatnio się działo w moim środku dość dużo. Fascynacja, nadzieja, kubeł zimnej wody, chęć walki, rezygnacja, poczucie nieoznaczoności. Jednak dostrzegam, że mimo iż starym koniem jestem (lat niespełna 21) wciąż się uczę i dorastam. Szybciej dochodzę do równowagi po wstrząsach. To dobrze. Z drugiej strony popełniam błędy. Nieraz wiedząc, że coś jest błędem to planuję. Bo czasem nie można postąpić wbrew sobie. Czasem też do końca nie wie się co się zrobi. To wszystko chyba znaczy, że jestem człowiekiem. Bzdury takie piszę, osobiste tylko ostatnio, ale tak to bywa, jak się czasu nie ma, a w życiu dzieje się sporo. 

Myślę, że mało kto spoza mojego otoczenia coś z tego posta wyniesie bądź zrozumie, ale i tak go zamieszczę. A nóż któreś z Was przeczyta.

P.S.

Chętnie poznałbym bliżej pewnego skurwysyna siedzącego w dobrym człowieku. 😀
Mimo wszystko.

Ranek dobija się przez budzik do mojej świadomości. Wwierca się agresywną nutą w senne marzenia i rozwiewa je jak dym. Wstaję, włażę pod prysznic, wychodzę, robię herbatę. W głowie dziwny mętlik, jednak całkiem przyjemny. Siadam przy komputerze, standardowo przeglądam kilka stron. Na biurku jak zwykle bałagan. Włączam odtwarzacz muzyki, podkręcam głośniki i bombarduję zaspane uszy falą decybeli pod patronatem zespołu Hey. Myślę. Stanowczo za dużo, stanowczo zbyt głupio, stanowczo emocjonalnie i stanowczo nielogicznie. Kurwa, jak mi z tym dobrze.