Tag Archive: mądrość


Strach

Tkwi w nas głęboko. W środku, na samym dnie, u podstawy istnienia, jako jeden z najbardziej atawistycznych odruchów. Jest stary. Starszy niż człowieczeństwo, starszy niż samoświadomość. Jest w naszej głowie, sercu, nawet w nerkach. Nie przebiera w orężu, ma na swoje usługi hormony, impulsy nerwowe, wyobraźnię… Ewoluował długo i ma wiele odmian. Prosty przed zagrożeniem, bardziej wyrafinowany przed sobą samym. Boimy się, cały czas, nieustannie. O siebie, o bliskich, o przyszłość i o to, aby nie dopadła nas przeszłość. Murujemy sobie schrony z dykty poczucia stałości i bezpieczeństwa, jednak z lasu w końcu wyjdzie wielki zły wilk i zdmuchnie naszą budowlę jak domek z kart. Pozostaje zawsze jeszcze abstrakt odwagi. Szczeniacko młody przy poczuciu strachu wgryzającym się w kości na poziomie pamięci genetycznej. Istniejący mimo strachu, nie zamiast jego. Jedyna broń. Tak marna, bo nie jest w stanie przerażenia zgasić. Jest tylko tarczą, która pozwala działać pomimo. Ale czy warto walczyć? Czy nie lepiej wpełznąć pod biurko, dać za wygraną, wycofać się? To podpowie najmłodsza chyba cecha. Mądrość, młodsza siostra głupoty. Licha i niepełna, jednak może najwyższa i najważniejsza?  Może… Życzę każdemu mądrej odwagi. Żeby wiedzieć kiedy walczyć, a kiedy przestać. Życzę tego Wam wszystkim, którzy to czytają.

Reklamy

Człowiek. Dziwny gatunek. Niby się do niego należy, niby jest najbliższy i najlepiej zbadany, a jednak ciągle zaskakujący, niepoznany. To paradoks, że z samymi sobą mamy zwykle największe problemy. Każdego wroga łatwiej pokonać niż to co siedzi w twojej głowie. Ciężko samemu sobie wytrącić z ręki broń. Ciężko siebie samego zrozumieć. Może to właśnie dlatego, że ludźmi jesteśmy nie potrafimy zrozumieć sami siebie. Może stworzenie o określonej złożoności nie jest w stanie zrozumieć w pełni nic złożonego w stopniu równym?

Refleksja jak zwykle przychodzi do mnie w porze, gdy powinienem już smacznie chrapać. Przed snem pomyślałem jednak, że warto byłoby tu coś wpisać, bo regularnie miałem się starać notki czynić.

Z zupełnego braku weny zacząłem przeglądać pewien portal, który zawsze dostarcza mi dość wrażeń, że mogę pluć na społeczeństwo jadem przez najbliższy tydzień. Owszem, znalazłem nawet materiał na odrobinkę sarkazmu, ironizowania i sposobność do złożenia kondolencji z powodu intelektu niektórych osób, ale doszedłem do wniosku, że nudne to i głupie. W międzyczasie jednak pojawiła się myśl „to co chcesz napisać?”

To właśnie okazało się szukanym impulsem. Odpowiedzieć było mi trudno, co tylko wzmocniło moją determinację. Aż nagle pojawiła się szukana tak przeze mnie inspiracja.

Otóż, czy człowieka, który sam siebie do końca nie jest w stanie pojąć, nie mówiąc już o otaczającym go świecie można pytać o takie rzeczy? „Czego chcesz?” Czy to nie pytanie poniżej pasa? Ludzie nie wiedzą czego potrzebują, nie wiedzą czego od życia żądają. Na ogół chcą rzeczy, które bardziej im mogą zaszkodzić niż pomóc.

Nie znamy, nie potrafimy przewidzieć skutków spełnienia swoich pragnień. To znaczy, są rzeczy, których jesteśmy mniej lub bardziej pewni, o których wiemy, że są nam potrzebne. Ale na ogół są to sprawy najbardziej przyziemne. Kiedy wkraczamy w materie bardziej subtelne, sprawa znacząco komplikuje się. Nie ma już pewności. Kiedy pojawia się druga osoba jest jeszcze gorzej, ilość zmiennych podwaja się, analityczne rozumowanie rozkłada bezradnie ręce i przechodzi na buddyzm. Prawda jest taka, że błądzimy jak dzieci we mgle i jeśli ktoś uważa, że wie czego od życia chce, to tylko mu się wydaje.

Coby jednak defetyzmu nie siać, to napiszę jeszcze, że w tej mgle jest mnóstwo skarbów. Jeśli posługujemy się odrobiną sprytu, inteligencji, a wreszcie sercem, to łatwiej nam na te skarby trafiać. I nawet dobrzy w tym błądzeniu po omacku jesteśmy – taka mądrość gatunku, tysiące lat doświadczeń. Także nie wszystko jeszcze stracone. Nie bójmy się marzyć, bo marzenia są światłem, dają nam siłę do działania. Wiedza nie zawsze jest konieczna do szczęścia.

Tak więc na te święta Wielkanocy życzę ja Wam, drodzy czytelnicy marzeń i spełnienia tych pragnień, które zguby nie przyniosą. Reszta niech pozostanie pięknymi snami.

Szablon

Jakaż ironia. Na każdym kroku. Na każdym kroku jesteśmy zmuszani przez otoczenie do wpisywania się w określone kanony. Jeśli nie pasujesz do żadnego szablonu, to cię przytniemy, spokojna twoja głowa. Zestandaryzowani jak trybiki gigantycznej machiny.

I nikt nie mówi ci co masz robić. Nikt nie nakazuje, nie radzi, nie manipuluje. A jednak wiesz co masz robić. Bo tak się robi, bo tak się utarło. I nawet gdy uciekasz, bronisz się, zostanie ci przyklejona metka dziwaka. Jesteś w kolejnej foremce dopasowanej tak ładnie, a raczej to ciebie dopasowuje się do niej. Aż sam zaczynasz w to wierzyć i stajesz się kolejnym wyrobem seryjnym. Co więc robić? Bezczynność, bierność prowadzą do zaszufladkowania, gnanie pod prąd, ucieczka tym szybciej prowadzą w okowy Polskiej Normy Obywatela Niemainstreamowego.

Lecz gdzie tak na prawdę leży problem? Co się stało z ludźmi?

Niewielu już jest takich, co w sposób niewymuszony są sobą. Ludzi, którym nie zależy, lecz którzy się przejmują. Którzy nie przejmują się, a jednocześnie im zależy. Bo nie chodzi o kompletny mamtowdupizm, tak dziś powszechny i co do milimetra wymierzony. Chodzi o lekkość i naturalność bycia.

Mam nadzieję być takim człowiekiem. Nie dawać się światu. Ocenię to potem z góry lub z dołu, po końcu. Mam nadzieję być zadowolonym.

Stryczek z dobrych chęci upleciony

Będzie poważnie i nieco kontrowersyjnie, ale pewien problem powraca do mnie co jakiś czas więc muszę go poruszyć. Nie dotknął on mnie, na szczęście, osobiście, ale wystarczająco wiele o nim słyszałem i sam znajduję się w takiej sytuacji,że łatwo mi się wczuć w poszkodowanego.

Nie chcę być monotematyczny (i chyba jak na razie nie jestem) i nie chcę, żeby ktoś mi zarzucał potem, że patrzę na świat przez pryzmat pedała<TM> (z resztą w tym kraju nie da się na świat w mojej sytuacji patrzeć inaczej, ale to materiał na osobny wpis), ale fenomen jest jak dla mnie na tyle poważny, że muszę go poruszyć. Jeśli choć jedna osoba coś dzięki temu zyska, zrozumie, to uznam to za naprawdę poważny sukces sukces.

Najbliżsi są dla nas największym zagrożeniem. Tak było, jest i będzie i trzeba z tym żyć. Nikt nie zrani tak dotkliwie jak ktoś, kogo z głębi kochamy. I nie mówię tu o romantycznej miłości (przynajmniej niekoniecznie), ale o bracie, matce przyjacielu, kimkolwiek. Najgorszym jednak pozostaje fakt, że często właśnie przyjaciołom, dzieciom czy rodzicom sami pleciemy stryczek.

Spotkałem się z kilkoma <kilkunastoma?> takimi sprawami. Głównie znalezionych w sieci, na blogach czy portalach informacyjnych, kiedy już doszło do czegoś poważniejszego.
Otóż sytuacja jest na ogół następująca: młody chłopak odkrywa, że kolega podoba mu się bardziej niż powinien. Jest to już dla takiego dzieciaka o tyle trudne,  że wychowuje się on w społeczeństwie piętnującym takie zachowania, odmawiającym męskości,a często nawet człowieczeństwa Ludziom Takiego Pokroju. Więc mamy już tego prawdopodobnie poważnie znerwicowanego, zakochanego dzieciaka. Tu scenariusz toczy się na ogół według dwóch wariantów: albo okazuje się, że uczucie jest odwzajemnione, albo i nie. Nie jest jednak aż tak istotną częścią całej historii, ponieważ na ogół wątki te znów się łączą w jeden. Mianowicie albo dzieciak przyznaje się komuś bliskiemu do swoich skłonności, albo zostaje wręcz na nich nakryty.
I tutaj właśnie często pojawia się bardzo poważny zgrzyt. Załóżmy, że poinformowany (w ten czy inny sposób) zostaje rodzic. Nierzadko dość zdarza się tak, że jest wsparcie i próba zrozumienia, co na ogół prowadzi do późniejszej akceptacji. Jednak świat nie jest miłym miejscem i nie zawsze się tak dzieje. Bywa, że opiekun z czystej troski (autentycznie, nie naigrywam się) udziela dziecku instrukcji sprowadzających się do bezwzględnej tajemnicy i dożywotniego celibatu. Pojawia się też często motyw szukania przyczyn „problemu” oraz, co gorsza, próby „leczenia”. Pół biedy, jeśli taka rodzina pójdzie do porządnego psychologa. Ba! Dobrze nawet, bo najpewniej wszyscy otrzymają tam pomoc. Gorzej, gdy napatoczy się jakiś „terapeuta”, co diabła z geja wypędzi i sprawi, że na starość będzie on ojcem gromadki dzieci i przykładnym mężem.
Przykro mi, to nie działa. Badałem problem, przeczesywałem internet wzdłuż i wszerz i wszelkie wiarygodne źródła (w tym sami pacjenci) mówiły, iż wszystkie takie „terapie” są nieskuteczne, na ogół przynoszą poważne szkody dla psychiki, a sam efekt zainteresowania płcią przeciwną jest kodowany na zasadzie zbliżonej do odruchów Pawłowa i nie utrzymuje się dłużej niż dwa-trzy lata.
Wszystko to prowadzi do bardzo przykrej sytuacji, kiedy z definicji niestabilna psychika nastolatka poddawana jest kolejnym próbom wytrzymałości, jakby zwykłego dojrzewania było mało. Wielce prawdopodobna jest depresja, poważne kompleksy i poczucie winy. Nie bawię się w psychologa, do wysnucia takich wniosków wystarczy zwykła empatia. Jeśli cała sytuacja się przedłuża, dodatkowo, rodzice wcale stuprocentowej „dobrej wiary” okazywać nie muszą (choć powinni), to istnieje opcja, że z problemu zrobi się wielkie bulgoczące siarkowodorem bagno. Pojawić się może, szczególnie u osób ze słabszą psychiką, przekonanie, że są tylko zbędnym ciężarem dla wszystkich wokoło. Stąd już tylko kroczek mały do myśli i działań autodestruktywnych. Możecie mi mówić, że dramatyzuję, że demonizuję marginalny problem. Odpowiem na to dość prosto: takie rzeczy się zdarzają. Nienauczone jeszcze życia dzieciaki kończą ze sobą w imię czegoś, czego nie pojmuję, ale w efekcie uprzedzeń i często dobrej wiary. Poza tym, jeśli choć jedna osoba w taki właśnie sposób życie straciła, to uważam, że problem jest dość ważny. Pozostawiam tekst do przemyślenia.

Uwaga: Żeby nie było niedopowiedzeń – pisząc o tym, że wymaganie „bezwzględnej tajemnicy” jest złe wcale nie namawiam do radosnych coming-outów, byłoby to z mojej strony przejawem o tyle tępoty o ile też hipokryzji. Po prostu należy wytłumaczyć dlaczego nie warto pleść na lewo i prawo co ślina na język przyniesie. Trzeba też uznać prawo do kierowania własnym życiem.