Będzie poważnie i nieco kontrowersyjnie, ale pewien problem powraca do mnie co jakiś czas więc muszę go poruszyć. Nie dotknął on mnie, na szczęście, osobiście, ale wystarczająco wiele o nim słyszałem i sam znajduję się w takiej sytuacji,że łatwo mi się wczuć w poszkodowanego.

Nie chcę być monotematyczny (i chyba jak na razie nie jestem) i nie chcę, żeby ktoś mi zarzucał potem, że patrzę na świat przez pryzmat pedała<TM> (z resztą w tym kraju nie da się na świat w mojej sytuacji patrzeć inaczej, ale to materiał na osobny wpis), ale fenomen jest jak dla mnie na tyle poważny, że muszę go poruszyć. Jeśli choć jedna osoba coś dzięki temu zyska, zrozumie, to uznam to za naprawdę poważny sukces sukces.

Najbliżsi są dla nas największym zagrożeniem. Tak było, jest i będzie i trzeba z tym żyć. Nikt nie zrani tak dotkliwie jak ktoś, kogo z głębi kochamy. I nie mówię tu o romantycznej miłości (przynajmniej niekoniecznie), ale o bracie, matce przyjacielu, kimkolwiek. Najgorszym jednak pozostaje fakt, że często właśnie przyjaciołom, dzieciom czy rodzicom sami pleciemy stryczek.

Spotkałem się z kilkoma <kilkunastoma?> takimi sprawami. Głównie znalezionych w sieci, na blogach czy portalach informacyjnych, kiedy już doszło do czegoś poważniejszego.
Otóż sytuacja jest na ogół następująca: młody chłopak odkrywa, że kolega podoba mu się bardziej niż powinien. Jest to już dla takiego dzieciaka o tyle trudne,  że wychowuje się on w społeczeństwie piętnującym takie zachowania, odmawiającym męskości,a często nawet człowieczeństwa Ludziom Takiego Pokroju. Więc mamy już tego prawdopodobnie poważnie znerwicowanego, zakochanego dzieciaka. Tu scenariusz toczy się na ogół według dwóch wariantów: albo okazuje się, że uczucie jest odwzajemnione, albo i nie. Nie jest jednak aż tak istotną częścią całej historii, ponieważ na ogół wątki te znów się łączą w jeden. Mianowicie albo dzieciak przyznaje się komuś bliskiemu do swoich skłonności, albo zostaje wręcz na nich nakryty.
I tutaj właśnie często pojawia się bardzo poważny zgrzyt. Załóżmy, że poinformowany (w ten czy inny sposób) zostaje rodzic. Nierzadko dość zdarza się tak, że jest wsparcie i próba zrozumienia, co na ogół prowadzi do późniejszej akceptacji. Jednak świat nie jest miłym miejscem i nie zawsze się tak dzieje. Bywa, że opiekun z czystej troski (autentycznie, nie naigrywam się) udziela dziecku instrukcji sprowadzających się do bezwzględnej tajemnicy i dożywotniego celibatu. Pojawia się też często motyw szukania przyczyn „problemu” oraz, co gorsza, próby „leczenia”. Pół biedy, jeśli taka rodzina pójdzie do porządnego psychologa. Ba! Dobrze nawet, bo najpewniej wszyscy otrzymają tam pomoc. Gorzej, gdy napatoczy się jakiś „terapeuta”, co diabła z geja wypędzi i sprawi, że na starość będzie on ojcem gromadki dzieci i przykładnym mężem.
Przykro mi, to nie działa. Badałem problem, przeczesywałem internet wzdłuż i wszerz i wszelkie wiarygodne źródła (w tym sami pacjenci) mówiły, iż wszystkie takie „terapie” są nieskuteczne, na ogół przynoszą poważne szkody dla psychiki, a sam efekt zainteresowania płcią przeciwną jest kodowany na zasadzie zbliżonej do odruchów Pawłowa i nie utrzymuje się dłużej niż dwa-trzy lata.
Wszystko to prowadzi do bardzo przykrej sytuacji, kiedy z definicji niestabilna psychika nastolatka poddawana jest kolejnym próbom wytrzymałości, jakby zwykłego dojrzewania było mało. Wielce prawdopodobna jest depresja, poważne kompleksy i poczucie winy. Nie bawię się w psychologa, do wysnucia takich wniosków wystarczy zwykła empatia. Jeśli cała sytuacja się przedłuża, dodatkowo, rodzice wcale stuprocentowej „dobrej wiary” okazywać nie muszą (choć powinni), to istnieje opcja, że z problemu zrobi się wielkie bulgoczące siarkowodorem bagno. Pojawić się może, szczególnie u osób ze słabszą psychiką, przekonanie, że są tylko zbędnym ciężarem dla wszystkich wokoło. Stąd już tylko kroczek mały do myśli i działań autodestruktywnych. Możecie mi mówić, że dramatyzuję, że demonizuję marginalny problem. Odpowiem na to dość prosto: takie rzeczy się zdarzają. Nienauczone jeszcze życia dzieciaki kończą ze sobą w imię czegoś, czego nie pojmuję, ale w efekcie uprzedzeń i często dobrej wiary. Poza tym, jeśli choć jedna osoba w taki właśnie sposób życie straciła, to uważam, że problem jest dość ważny. Pozostawiam tekst do przemyślenia.

Uwaga: Żeby nie było niedopowiedzeń – pisząc o tym, że wymaganie „bezwzględnej tajemnicy” jest złe wcale nie namawiam do radosnych coming-outów, byłoby to z mojej strony przejawem o tyle tępoty o ile też hipokryzji. Po prostu należy wytłumaczyć dlaczego nie warto pleść na lewo i prawo co ślina na język przyniesie. Trzeba też uznać prawo do kierowania własnym życiem.

Reklamy