Tag Archive: przemyślenia


Witam po wielu dniach nieobecności. Tak to jest, że jak w życiu zaczyna się układać, być nieco milej, to człowiekowi przestaje się chcieć płakać w eteryczne ramię internetu. Z drugiej strony woli podyskutować z żywym człowiekiem niż swoje wypociny przelewać na ekrany mniej lub bardziej anonimowych czytelników.

Pędzę jednak niczym strzała do meritum, a więc tytułowej demobilizacji.

Czy nie miewacie tak, że kiedy za dużo obowiązków na Was spada to odechciewa się Wam absolutnie wszystkiego. Stajecie się mniej produktywni, a „ogarnięcie się” jest coraz trudniejsze? Podejrzewam, że jeśli nie wszyscy, to co najmniej część z Was zna to uczucie. Szczególnie studenci przed sesją, kiedy trzeba ponadrabiać wszystkie zaległości, oddać spóźnione już srogo prace i przygotować się na gro kolokwiów i egzaminów.
Otóż autor właśnie przeżywa taki stan, który pogarsza mu się od jakichś… dwóch lat? Nie no, może aż tak źle nie jest. Żywię jednak (prawdopodobnie płonną) nadzieję, że w przyszłym semestrze będę miał nieco choć więcej pary.

Gdzie jednak szukać źródeł takiego marazmu? Możliwe, że w nieco ponurej, acz odprężającej konstatacji, że świat działa niejako „bez ciebie”. To liryczne „ciebie” tyczy się większości ludzi. Zachowujemy się w sumie jak komórki jakiegoś wielkiego amebowatego w swej naturze tworu. Wycięcie jednostki nijak mu prawdopodobnie nie szkodzi, a o celowości działania nie wspomnę, gdyż wielgachna galareta tego dziwacznego organizmu rozlewa się wokół bez ukierunkowania czy jakichkolwiek wypadkowych pobudek.

Z drugiej strony co się stało z moim, tak niegdyś hołubionym, indywidualizmem? Pozostał, jednak przeżywa pewien kryzys. Coś jak gospodarka. Jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do gospodarki naszego kraju, dość szybko mi przejdzie. Tyle topicowej ewangelii.

Teraz trochę mojego pieprzenia:
* Nie wiem czy to rozwój czy regres, ale przestałem się ograniczać, jeśli chodzi o gatunki muzyki, a bardziej precyzyjnie – zamykać na pop. I nie, nie lubię nagle Lady Gagę. Za to Mika ma całkiem fajne płyty (może poza kilkoma wtopami w pojedynczych utworach – np. Relax). Winien temu jest mój ukochany K., który poszerza mi horyzonty. Filmowe i muzyczne. Z drugiej jednak strony ja bym chętnie jemu też je „poposzerzał”, na przykład w kwestii tańczenia^^.
* Zacząłem i skończyłem studiować drugi kierunek studiów. Niestety „prostudencka” postawa pewnego prodziekana skutecznie odstraszyła mnie od przedsięwzięcia. A szkoda, bo tak pewnie skończy się podyplomówką.
* K. chce tworzyć vloga ze mną i jeszcze jedną osobą + opcjami gościnnymi. Nie wiem co nam z tego wyjdzie, jednak trzymam kciuki.

Good Bye, Internet
Mam nadzieję, że jakoś się tu jeszcze w najbliższym czasie zaktywizuję jednak, bo pisanie bloga jest… Miłe.

Reklamy

Czasem zdarza się, że człowiek zwyczajnie nie ma co napisać. Nazwałbym to może artblockiem, ale nie uważam tego bloga za coś związanego ze sztuką specjalnie mocno, jest to raczej użytkowa forma układania myśli połączona z realizacją potrzeby egocentryzmu (jako, że jestem jedynakiem). Wolę egocentryzm realizować przez internetowy ekshibicjonizm, a w świecie realnym pozostawać osobą społecznie wydolną. Tak więc piszę tutaj.

Ostatnio jednak mało pojawia się nowych notek. Jest to warunkowane kilkoma czynnikami: po pierwsze – sesja w toku, więc robię wszystko, żeby przed samym sobą udawać, że się uczę, ergo „nie mam czasu” i oglądam „jeszcze tylko jeden odcinek” serialu. Kolejną sprawą jest to, że życie prywatne mi się nieco rozrosło, więc są ciekawsze rzeczy do roboty niż ślęczenie przed ekranem komputera. Trzecią rzeczą jest fakt, że… nie mam na co ponarzekać. Najłatwiej pisze mi się notki nieco cyniczne, zabarwione ironią, lekko utyskujące na fenomeny świata otaczającego moją (nie)skromną osobę. Z tym, że kiedy zaczyna się nieco układać dookoła człowieka, kiedy ten jest szczęśliwy, problemy wydają się bardziej błahe, niewarte opisywania. Stąd brak tematu na posty. Ale, skoro już jest okazja, to na coś tam sobie ponarzekam.

Na pierwszy ogień niech pójdzie temat topowy, tak mainstreamem ociekający, że aż moją hipsterską dupę żal ściska srogi i nawet sranie na kwadratowo nie wychodzi tak jak kiedyś. Otóż, proszę Państwa: ERŁO 2012 (przez niektórych mylnie nazywane Euro). Cała feta jest dla mnie bardzo, ale to bardzo… obojętna. To znaczy: cieszę się, jak nasi wygrają (a nawet jak zremisowali), może nawet nieco rozczaruję się porażką Orełków, ale nie dostanę od tego zapaści, orgazmu czy nerwicy maniakalno-depresyjnej. Z drugiej zaś strony zdaję sobie sprawę, że naszego kraju nie stać na organizację takiej uroczystości. Czemu nie zainwestować tych wszystkich pieniędzy, które na całej imprezie stracimy w coś bardziej pożytecznego? Nie wiem, oświatę choćby. Albo służbę zdrowia. Kolejny punkt widzenia przedstawia się następująco: lud potrzebuje igrzysk. Nie ma co z tym dyskutować, argumentacja logiczna bierze tu w łeb, bo każda forma zabawy się jej w jakiś sposób wymyka. Słowem podsumowania: Euro jest mi obojętne – są jego plusy, są minusy. Nie ma się o co bez potrzeby ciskać (i tak już „stało się”), a z drugiej strony jako osoba żywo niezainteresowana piłką nożną nie widzę powodu do specjalnego entuzjazmu. Najbardziej zaś, jak zwykle, na nerwy działają ludzie: albo zachowują się jak surykatki na końskiej dawce ekstazy, albo narzekają (nie gniewaj się K. :P) chociaż jakieś plusy przecież też są. Euro już jest, nie zmienimy tego, więc może warto się choć uśmiechnąć na okrzyk „GOOOOL!” płynący z radia taksówki stojącej właśnie na światłach. Aha: strefa kibica w Rynku to rzeczywiście straszna wtopa :P.

Kolejna sprawa:
Isgalad odkrywczo oznajmia: ludzie bywają strasznymi chujami. I wcale nie mam zamiaru pisać, że mi się to nie zdarza, bo zdarza się, jak 95,567% naszej populacji (aproksymacja metodą „z dupy”). Nie zamierzam też piętnować jednostek, tylko ich zachowania. Precyzując nieco – ten akapit chcę poświęcić zasadzie „zawsze czysto – zawsze pewnie” w relacjach międzyludzkich. Otóż na blogu znajomego pewien wpis przykuł moją uwagę, przypomniał kilka przeszłych spraw, co doprowadziło do refleksji (nie mylić z refluksem, to jest coś innego, choć nieraz podobnie nieprzyjemne).
„Life is brutal” jak to mówią. Stąd też czasem trzeba drugiej osobie powiedzieć coś, czego ona nie chciałaby usłyszeć. Pal sześć, jeśli delikwenta jakoś bardzo nie lubimy. Koledze, przyjacielowi, osobie, do której się przywiązaliśmy powiedzieć jest trudniej. Wiele takich sytuacji jest za mną, pewnie wiele przede mną, szczęściem obecnie nic takiego mnie osobiście nie gryzie. Do tej pory chyba hołdowałem zasadzie, którą przytoczyłem na początku akapitu. Czasami udawało się to lepiej, czasem gorzej, ale za każdym razem choć próbowałem jakoś wszystkie sprawy poukładać, bo istnieje jeszcze coś takiego jak empatia. Z drugiej strony pojawiają się sytuacje, gdy człowiek nie ma zwyczajnie odwagi podjąć kroków koniecznych. Też się zdarzyło, na szczęście raz (chyba). Prowadzi to do nader nieprzyjemnych sytuacji, gdzie kwas w ludziach fermentuje w bardzo nieprzyjemny sposób, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Najlepiej to chyba pokazać na przykładzie rozpadającego się związku, czy nawet zalążka związku bez szans na przetrwanie. Jedna strona wie, że „pacjent zszedł”, druga zaś nie. Pierwsza osoba zostawia zwłoki na stole operacyjnym, podpina tylko jakieś elektrody rodem z opowieści o Frankensteinie i tworzy zombie. Ale trup pozostaje trupem i zaczyna śmierdzieć. Początki są niewinne: nie odpisanie na wiadomość, nieodebranie telefonu. Potem zaczyna się unikanie. W międzyczasie dochodzi chwyt „bądź tak opryskliwy i nieprzyjemny, aż ta druga strona sama skończy”. Efektem takiej zabawy na ogół jest poranienie siebie i osoby zaangażowanej. A jeśli nie rani się przy tym siebie to… jest się strasznym człowiekiem. Tak więc – wujek dobra rada radzi: problemy rozwiązuj na bieżąco. Na szczęście sytuację osobistą autor tekstu ma czystą jak łza. Piszę to coby komuś głupie myśli jakieś się nie zaczęły pałętać po łbie, jak to przeczyta (strasznie niebezpieczny przykład wybrałem xD).

Słowem zakończenia: Życzę wszystkim czytelnikom pogody ducha, takiej jaką mam teraz. „Opaczności”, losowi czy Bogu dziękuję za to co od Niego dostałem – niech trwa. Szczególne pozdrowienia dla V, L (które pewnie tego nie przeczytają, gdyż „są za blisko i za dużo czasu ze mną spędzają, żeby jeszcze to czytać”), dla W, którego bloga czytam. Dla Lunatyka, który co prawda na blogu swoim się nie udziela, ale czasem pogadać się uda. Najbardziej zaś chcę pozdrowić K, dzięki Tobie właśnie piszę tu rzadziej.

P.S.
Ogromne mi to wyszło.

Nie lękajmy się

Spotkało mnie ostatnio sporo dobrego. Więcej niż mógłbym przewidzieć. Cieszę się tym, każdym dniem. Wszystko stało się szybko, mimochodem jakby. Kiedy dostajesz coś od losu, zaczynasz się bać. Boisz się straty, szukasz haczyka. Zastanawiasz się, gdzie jest ukryta pułapka, bo przecież nie ma nic za darmo, a świat na ogół nie jest miłym miejscem. Złe to jest. Przeszkadza się cieszyć, iść przed siebie, dążyć dalej do szczęścia. Z drugiej strony, wiadomo, że trzeba przed losem czuć pewien respekt. Daje to pewne hamulce, które też są potrzebne, żeby nie rozpędzić się za mocno i nie uderzyć z hukiem w metaforyczne drzewo. Boję się często. Ale cieszę się bardziej. Cieszmy się życiem, bo mamy tylko jedno, bójmy troszeczkę, żeby zachować rozsądek, idźmy do przodu, bo pozostawanie w jednym miejscu jest jak cofanie się. Wierzę, że może się udać.

Jeśli to czytasz Shrike, to wiedz, że Ci dziękuję.

Wszyscy jesteśmy wampirami

Mało ostatnio pisałem. Dużo się działo rzeczy nieistotnych, jednak bardzo przyjemnych. Niestety, wzmożona aktywność bloggerska wymaga chyba u mnie stanów silnie emocjonalnych. Może dlatego artyści najlepsze dzieła tworzą w depresji? Tak czy siak, wena jednak co jakiś czas człowieka nawet w dobrym humorze nachodzi, więc postanowiłem cosik zmajstrować.


Wampiry. Przewijają się przez ludzką mitologię, literaturę i kulturę cały czas. Dzieci Nocy fascynują, bo są tak obce, różne od nas. Niebezpieczne, a przy tym mają klasę, są pociągające. Piękne w swej klątwie. Jednak czy rzeczywiście różnimy się od nich tak bardzo? Nie chłepczemy krwi, to się zgadza. Jednak nie potrafimy przeżyć sami. Potrzebni nam inni ludzie, żywimy się na nich, pożeramy ich słowa, uczucia, emocje. Wymieniamy się krwią naszych umysłów, kwintesencją dusz, które przenikają się w nieustannym tańcu. Każdy z nas ma w środku wampira, narkomana czekającego tylko na swoją używkę, na kontakt z drugą osobą. Kiedy nie dostaje czego chce wpada w szał, rozbija równowagę psychiczną, tłucze w mak normalność i wpędza w szaleństwo. Kiedy zaś damy mu się „najeść”, to ciągle chce więcej. Woła o uczucia coraz głębsze, bardziej skomplikowane… Delektuje się zauroczeniem, miłość zaś wprawia go w stan ostatecznego uniesienia.

Tak hołubimy indywidualność człowieka, jego odrębność. Jesteśmy dumni z własnej samodzielności, z tego jak jesteśmy niezależni. Jakież to pyszne, prawda? Wystarczy nas zostawić na miesiąc w zupełnej samotności, odciętych od substytutów towarzystwa w postaci mediów i już zaczniemy fiksować. Po roku prawdopodobnie nie będziemy nadawać się do czegokolwiek innego jak tylko porządnej terapii.

W grupie jesteśmy silniejsi, poznając nowych ludzi poszerzamy horyzonty zaś pogłębiając stare relacje stajemy się lepsi, mocniejsi. Dobrze jest mieć kogoś.Może to trochę przytłaczające, odzierające z poczucia samowystarczalności. Ja myślę jednak, że to bardzo pozytywne. Dzięki temu, że potrzebujemy się wzajemnie potrafimy stworzyć coś pięknego. Możemy się po drodze pokaleczyć, poobijać, bo w końcu wampir to drapieżnik. Ale chyba z tych dobrych, który w końcu doprowadzi nas do miejsca, w którym będziemy chcieli zostać już na zawsze. Jak pies przewodnik.

Polepszy się czy nie?

Zdanie powtarzane tak często. Słyszymy je tyle razy. Od przyjaciół, kolegów, znajomych… „Wszystko będzie dobrze.” Wypowiadane raz to z pewnością, kiedy indziej z zatroskaniem. Bardziej lub mniej szczerze, zwykle w dobrych intencjach. Pojawia się jednak pytanie czy to nie jest wierutne kłamstwo, jedno z tych, które mają pomóc nam znosić zgryzotę tego ziemskiego padołu, na którym przyszło nam żyć?

Zawsze mówię, że jestem optymistą. Prawda jest taka, że bliżej mi chyba do realizmu zabarwionego nieco rozbawieniem otaczającą mnie rzeczywistością. Stąd stwierdzam, że zdanie „wszystko będzie dobrze” jest na prawdę urocze, ale pozbawione na ogół jakichkolwiek merytorycznych podstaw. Polepszy się czy nie? Nie wiem. To zależy w dużej mierze od Ciebie. Czy weźmiesz się w garść po kolejnym ciosie? Czy kiedy żywot rzuci Tobą kolejny raz o ziemię, Ty z uśmiechem wstaniesz, otrzepiesz portki i pójdziesz dalej? Czy siedzieć będziesz w najniższym punkcie swojego dołka upojony własną depresją?
Wiem, że ciężko stamtąd wyjść. Strasznie niewygodnie, trudno. Bo jak tu przyznać, że świat taki po postu jest, jak wzruszyć ramionami i przejść nad czymś do porządku dziennego, kiedy na głowę wali się niebo? Trudno, ale się da. Wiem z autopsji. Potem jest zawsze lepiej, choć wcześniej trzeba się ze sobą samym nieźle namęczyć. Czasem trwa to długo, ale warto. To czy wszystko będzie dobrze zależy głównie od Ciebie.

Porzucenie?

Ludzie odchodzą. Giną gdzieś we mgle przeszłości, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia, czasem tęsknotę. Czasem z własnej woli, czasem nawet gdy nie chcą. Przemijają i gasną po prostu, jak świeczki wystawione na wiatr, bądź po prostu dopalające się zgodnie z naturalnym porządkiem. Aż chciałoby się zacytować poetę „Spieszmy się kochać ludzi…”. Lecz czy można kochać w pośpiechu, szybko. Czy nie wyjdzie po łebkach? Karykatura miłości, chore uzależnienie wynikłe z przyzwyczajenia bardziej i poczucia obowiązku? Nie spieszmy się kochać ludzi. Kochajmy za to powoli, dokładnie i konsekwentnie. Tak, żeby uczucie przetrwało wszystko, nawet śmierć i później trwało dalej w innym świecie, jeśli jakiś jest. Ja wierzę, że jest.

Czego chcesz?

Człowiek. Dziwny gatunek. Niby się do niego należy, niby jest najbliższy i najlepiej zbadany, a jednak ciągle zaskakujący, niepoznany. To paradoks, że z samymi sobą mamy zwykle największe problemy. Każdego wroga łatwiej pokonać niż to co siedzi w twojej głowie. Ciężko samemu sobie wytrącić z ręki broń. Ciężko siebie samego zrozumieć. Może to właśnie dlatego, że ludźmi jesteśmy nie potrafimy zrozumieć sami siebie. Może stworzenie o określonej złożoności nie jest w stanie zrozumieć w pełni nic złożonego w stopniu równym?

Refleksja jak zwykle przychodzi do mnie w porze, gdy powinienem już smacznie chrapać. Przed snem pomyślałem jednak, że warto byłoby tu coś wpisać, bo regularnie miałem się starać notki czynić.

Z zupełnego braku weny zacząłem przeglądać pewien portal, który zawsze dostarcza mi dość wrażeń, że mogę pluć na społeczeństwo jadem przez najbliższy tydzień. Owszem, znalazłem nawet materiał na odrobinkę sarkazmu, ironizowania i sposobność do złożenia kondolencji z powodu intelektu niektórych osób, ale doszedłem do wniosku, że nudne to i głupie. W międzyczasie jednak pojawiła się myśl „to co chcesz napisać?”

To właśnie okazało się szukanym impulsem. Odpowiedzieć było mi trudno, co tylko wzmocniło moją determinację. Aż nagle pojawiła się szukana tak przeze mnie inspiracja.

Otóż, czy człowieka, który sam siebie do końca nie jest w stanie pojąć, nie mówiąc już o otaczającym go świecie można pytać o takie rzeczy? „Czego chcesz?” Czy to nie pytanie poniżej pasa? Ludzie nie wiedzą czego potrzebują, nie wiedzą czego od życia żądają. Na ogół chcą rzeczy, które bardziej im mogą zaszkodzić niż pomóc.

Nie znamy, nie potrafimy przewidzieć skutków spełnienia swoich pragnień. To znaczy, są rzeczy, których jesteśmy mniej lub bardziej pewni, o których wiemy, że są nam potrzebne. Ale na ogół są to sprawy najbardziej przyziemne. Kiedy wkraczamy w materie bardziej subtelne, sprawa znacząco komplikuje się. Nie ma już pewności. Kiedy pojawia się druga osoba jest jeszcze gorzej, ilość zmiennych podwaja się, analityczne rozumowanie rozkłada bezradnie ręce i przechodzi na buddyzm. Prawda jest taka, że błądzimy jak dzieci we mgle i jeśli ktoś uważa, że wie czego od życia chce, to tylko mu się wydaje.

Coby jednak defetyzmu nie siać, to napiszę jeszcze, że w tej mgle jest mnóstwo skarbów. Jeśli posługujemy się odrobiną sprytu, inteligencji, a wreszcie sercem, to łatwiej nam na te skarby trafiać. I nawet dobrzy w tym błądzeniu po omacku jesteśmy – taka mądrość gatunku, tysiące lat doświadczeń. Także nie wszystko jeszcze stracone. Nie bójmy się marzyć, bo marzenia są światłem, dają nam siłę do działania. Wiedza nie zawsze jest konieczna do szczęścia.

Tak więc na te święta Wielkanocy życzę ja Wam, drodzy czytelnicy marzeń i spełnienia tych pragnień, które zguby nie przyniosą. Reszta niech pozostanie pięknymi snami.

Szablon

Jakaż ironia. Na każdym kroku. Na każdym kroku jesteśmy zmuszani przez otoczenie do wpisywania się w określone kanony. Jeśli nie pasujesz do żadnego szablonu, to cię przytniemy, spokojna twoja głowa. Zestandaryzowani jak trybiki gigantycznej machiny.

I nikt nie mówi ci co masz robić. Nikt nie nakazuje, nie radzi, nie manipuluje. A jednak wiesz co masz robić. Bo tak się robi, bo tak się utarło. I nawet gdy uciekasz, bronisz się, zostanie ci przyklejona metka dziwaka. Jesteś w kolejnej foremce dopasowanej tak ładnie, a raczej to ciebie dopasowuje się do niej. Aż sam zaczynasz w to wierzyć i stajesz się kolejnym wyrobem seryjnym. Co więc robić? Bezczynność, bierność prowadzą do zaszufladkowania, gnanie pod prąd, ucieczka tym szybciej prowadzą w okowy Polskiej Normy Obywatela Niemainstreamowego.

Lecz gdzie tak na prawdę leży problem? Co się stało z ludźmi?

Niewielu już jest takich, co w sposób niewymuszony są sobą. Ludzi, którym nie zależy, lecz którzy się przejmują. Którzy nie przejmują się, a jednocześnie im zależy. Bo nie chodzi o kompletny mamtowdupizm, tak dziś powszechny i co do milimetra wymierzony. Chodzi o lekkość i naturalność bycia.

Mam nadzieję być takim człowiekiem. Nie dawać się światu. Ocenię to potem z góry lub z dołu, po końcu. Mam nadzieję być zadowolonym.

Dalej

Zastanowienie przychodzi na ogół w momentach odmiennego od zwykłego stanu psychiki. Na przykład kiedy chce się spać i ledwo się na oczy patrzy, tak jak ma to miejsce teraz.

Człowiek to bardzo sprawna maszyna jednak jest. Przeżywa wstrząsy, emocjonalne i fizyczne zachwiania, jednak przeważnie po chwili wstaje, otrzepuje portki i idzie dalej przez żywota. Dystansuje się z czasem, a po kilku latach za błahe często uważa swoje dawne problemy, ba śmieje się z nich. Ciekawe zjawisko.

Sztuką więc nie jest to, żeby po różnych perturbacjach pozbierać się do kupy. Czasem się to udaje, czasem nie ale jest to bardziej cecha konstrukcyjna każdego z nas, nie osobista zasługa. Jeden jest silny, drugi słaby. I nie jest zasługą silnego, że go życie zahartowało, nie jest winą słabego, że nie umiał sobie poradzić.

Ważne natomiast jest jedno. Z każdej przygody trzeba nam coś wynieść. Czy to dobre wspomnienie, które kiedyś da nam siłę w ciemną zimową noc, kiedy będziemy sami ze sobą i swoimi demonami. Czy naukę, żeby błędów nie powtarzać w przeszłości. Czy człowieka, który stanie nam się bliski. I nie wiadomo co przyniesie nam dana sytuacja, trzeba jednak umieć spojrzeć po czasie z dystansem na swoje życie, pomyśleć chwilę, po czym rozważyć co było dobre, a co złe. Czego robić się nie powinno, a co warto powielać. Trzeba postarać się być obiektywnym. Wiem, że to trudne i dość paskudne, ale potem życie staje się nieco lepsze. My stajemy się lepsi i odrobinę mądrzejsi. Tyle ewangelii domorosłego filozofa.

Jeśli zaś chodzi o bardziej doczesną stronę życia to jestem szczęśliwym człowiekiem, gdyż stałem się posiadaczem zacnego obuwiu, niezgorszego spodzienia i nawet załatwiłem sobie okulary bardzo tanio nowe. To dobrze, bo w starych obtłuczonych wstyd już chodzić było.

Co mnie jeszcze jednocześnie cieszy i przeraża, to że jednak ktoś tu czasem wchodzi i cosik tam czyta. Mam nadzieję, że wstydu i poruty za bardzo nie sieję.

Jakiś mi taki niewinny ten post wyszedł. Może w następnym dla równowagi trochę mięsem porzucam?

Jak świat zmienia ludzi

Ostatnio sporo się u mnie działo. Aż dwa posty napisałem, które zawierają podejrzanie dużo wynurzeń osobistych, a miałem nie uprawiać internetowego ekshibicjonizmu. Ale chyba nie jest jeszcze tak źle, więc zostawiam je, niech sobie wiszą.
Zwróciłem uwagę, że więcej piszę kiedy targają mną jakieś emocje… Ciekawe czy każdy tak ma?

Dzisiaj będzie jednak o czymś zgoła innym (choć nieco powiązanym). Wewnętrzne rozterki autora doprowadziły do wielu rozmów ze znajomymi i przyjaciółmi, co z kolei wywołało refleksje często różne od przewidzianych. Autor dowiedział się czegoś o sobie, ale także o otaczającym go świecie. I na tej drugiej sprawie postanowił się skupić.
Jak już nieraz przytaczał, ma świat za miejsce złe, a społeczeństwo za byt głęboko tępy. Kolejne dowody tego dostał ostatnio.
Rozmowa z kumplem, chyba człowiekiem znanym autorowi najdłużej (spoza rodziny) potoczyła się w nieco dziwnym kierunku, jednak ukazała jak człek może się zmienić na przestrzeni lat. Isgalad nie rozstrzyga czy to zmiana na lepsze czy na gorsze – that’s not the point, poza tym poziom arogancji takiego orzeczenia powaliłby nawet jego.
Z rozmowy wynikło jednak, że ludziom nie warto ufać, lepiej dać sobie spokój z jednostkami, które zrobiły cokolwiek co można by uznać za moralnie błędne wobec nas. Możliwe jest, że autor popisuje się tępotą i niedoświadczeniem życiowym, ale najzwyczajniej w świecie nie chce wierzyć w taki stan rzeczy. Wiara w ludzi jako jednostki to jedna z niewielu wartości jakie autorowi pozostały i które uważa za dość fundamentalne. Czasem lepiej jest wybaczyć, jeśli winy nawet do końca nie udowodniono.

Jedna rozmowa jednak prawdopodobnie nie skłoniłaby autora do pisania tej notki. Odwiedzony dziś blog, zapamiętany jako jedno z niewielu pozytywnie zabarwionych miejsc gejowskiego internetu zaskoczył. Zaskoczył nową notką po wielu miesiącach nieobecności tamtejszego bloggera, a także (a właściwie przede wszystkim) jej tonem, nowym bannerem i zmianą opisu samej stroniczki.
Na przestrzeni kilku lat człowiek prowadzący tamto poletko prawdopodobnie został skonfrontowany z co bardziej paskudnymi stronami społeczeństwa. Gdy przeglądamy najwcześniejsze posty widać w nich zapał, chęć zmieniania świata, walki. Sam żałuję, że nigdy takich ambicji nie miałem. Z drugiej strony w najnowszym wpisie czuć gorycz okrytą warstwą obojętności wobec otoczenia. Nieco cynizmu własnego sprawia, że Isgalad nie zaliczył opadu szczęki do podłogi. Jednak pozostało zastanowienie – jakże świat niszczy nasze ideały, konfrontuje nas z rzeczywistością paskudną jak koszmar nihilisty. Zmieniamy się wszyscy… Jednak Isgalad ma nadzieję pozostać Isgaladem. Nieco naiwnym, nieco poczciwym, ale tym samym. Może będzie mu łatwiej, gdyż od późnego gimnazjum przestał wierzyć w społeczeństwo i zaczął stawiać na jednostki. Trzeba jeszcze dodać, że autor nie twierdzi, że twórca drugiego bloga zmienił się na gorsze czy lepsze. Szkoda nieco ideałów, z drugiej jednak strony nie wiadomo czy kiedykolwiek były one realne. Szkoda pewnej niewinności, ale z pewną przykrością nawet Isgalat przyzna, że teraz drugiemu autorowi będzie łatwiej. Przynajmniej mam taką nadzieję i tego Homikusowi życzę.

Adres wymienionego w notce bloga tu i w polecanych stronach:http://homikus.pl/