Tag Archive: tolerancja


Klip przyjazny

Dzisiaj dostałem z K. na portalu dość znanym wiadomość (co za często się nie dzieje, gdyż ludzie w związkach nie są najpopularniejsi na tego rodzaju przybytkach). Zaciekawiony byłem co to je to, więc otworzyłem. Przywitała mnie w pierwszej już linijce radująca wielce wiadomość „To nie jest SPAM”.
Taki wstępniak nastroił mnie dość wrogo, ponieważ, rzecz jasna, zacząłem właśnie oczekiwać spamu. Nie będę osądzał czy wysłana mi rzecz spamem była, ponieważ kilka kryteriów spełnia, z drugiej zaś strony zbyt to „społeczne”, żeby od razu szufladkować.

Ale, ale. Co zawierała wiadomość, zapytacie. Śpieszę z odpowiedzią. W środku, poza krótkim komentarzem był link do konkursu na teledyski. Konkretnie autorzy wiadomości prosili o zagłosowanie na swój klip (tu parafraza) „przyjazny ludziom LGTB”.

[Tu pisanie zostało mi przerwane w sposób o tyleż niecny co przyjemny]

Wracając do meritum: Klip obejrzałem. Dwa razy nawet. I komentarz mój do tego jest taki – teledysk bardzo fajny. Miły i ładny, na kształt tych zwykłych, ale rzeczywiście „przyjazny”, a na to zawsze mi miło popatrzeć. Z drugiej jednak strony kawałek śpiewany przez wokalistę był nieco… Miałki? Taki zwyczajny mocno, niczym się nie wyróżniający. Nie było też tragedii, ale to nie jest coś co wrzucę do playlisty. Ot taki ni to rock ni to pop o miłości. W geście solidarności zagłosowałem jednak, a jako że teledysk był miły to i nie robiłem tego wbrew sobie. Pod spodem znajdziecie link do stroniczki z teledyskiem.

Pozdrawiam

A to link:
http://www.klipon.pl/filmy_konkursowe_4.html

Reklamy

Inny czy taki sam?

Ha! prawdą jest, że czytać trzeba. Przeczytałem dwie książki i mi wena wróciła. w różnych miejscach można szukać inspiracji, ale nie ma chyba nic tak pobudzającego kreatywność jak dobra lektura.

A teraz do rzeczy:

Będzie o gejostwie, bo i dawno nie było. Ale nie tylko o tym, bo i rzadko tak u mnie bywało, żebym odnosił się tylko do tej kwestii. Otóż przykuły moją uwagę liczne stwierdzenia płynące czy to od KPH czy od innych organizacji postulujących o równe prawa dla każdej orientacji. Chodzi mi o zdania typu „jesteśmy tacy sami jak wszyscy”, „niczym się od Was (heteroseksualistów) nie różnimy” etc., etc.

Jestem zmuszony zaprotestować. Nie, nie jesteśmy tacy sami. Jesteśmy inni, często mocno. Tylko, że zawsze jest jakieś „ale”. Jedyną różnicą płynącą z nas samych jest „waginosceptycyzm” w przypadku mężczyzn i „penisowstręt” w przypadku kobiet. Resztę załatwiacie nam Wy, nasze drogie społeczeństwo (i nie kieruję tego broń Boże do czytelnika ad persona). Czym więc i dlaczego różnimy się od reszty? Proszę bardzo, co ważniejsze rzeczy wymienię w punktach:

1. Stereotypowy gej – gwiazdeczka.
Ekstrawaganckie zachowanie, ubiór, styl życia i inne dziwactwa. Wiadomo, że są tacy, zdania na ich temat są podzielone, nie mi oceniać i nie tym się tu zajmuję, więc nie przeczytacie czy to „cute” czy „przegięte”. Mogę dochodzić tylko przyczyn. Oczywiście każdy człowiek jest inny, ale wydaje mi się, że większość „gwiazdeczek” reaguje tak na zasadzie: będę się różnił możliwie najbardziej od otaczającego mnie shitu. I to nie koniecznie z premedytacją, może nawet podświadomie. Tak czy siak ja tu widzę silną opozycję do tak zwanej „normalności” zakłamanej u swych podstaw. Przynajmniej uważa tak mniej lub bardziej świadomie nasza „gwiazdka”.

2. Szaraczek.
Nikt by w życiu nie powiedział. Normalny chłopak, do Kościoła chodzi, na tacę da, wódki się napije, o cyckach kilka żartów powie. Ot kolejny kumpel, znajomy. Tak jest łatwo. Chować się przed zagrożeniem i ostracyzmem. Nie ma nic prostszego i nie ma co się rozwodzić. Tylko tutaj prędzej czy później wyjdzie szydło z worka i nie wiadomo wtedy co począć. Ale jakoś się toczy.

3. Działacz.
Często może, acz nie musi występować w połączeniu z punktem pierwszym. Działacz uświadamia ludzi dookoła siebie, że wszelkie przejawy ostracyzmu są złe. Wygłasza prelekcje, zapisuje się do różnych ruchów i chce uczynić świat dookoła lepszym. Jeśli nie dla siebie to dla przyszłych pokoleń.

4. Odsunięty.
Żyje w swoim świecie. Nie przejmuje się otaczającym światem, ogranicza się tylko do najbliższych znajomych, rodziny, partnera. Wynika to z przekonania, że walczyć z wiatrakami nie ma wielkiego sensu, z drugiej zaś strony nie wolno dać otoczeniu dyktować sobie warunków.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać dość długo. Jest jeszcze jedna kwestia. Niektórzy dzięki swojej odmienności mogą spojrzeć na otaczający świat z nieco większym dystansem. Mogą się wyzbyć własnych uprzedzeń patrząc jakich sami doświadczają.

Tak niestety jest nie tylko w przypadku „homo”, ale w przypadku każdego kto w jakiś sposób jest wyjęty poza społeczną ramkę. Nie mieści się w marginesie odchyleń które można uznać za zwykłe. Urodził się nie tam i nie w tym czasie co trzeba.

Z drugiej zaś strony i tak jest coraz lepiej. Ja mam wspaniałych znajomych, z których jak dotychczas każdy przyjął wiadomość o mojej odmienności spokojnie, bez cienia negatywnej emocji. Może to dobrzy aktorzy, a może to ja dobrze dobieram sobie znajomków. Wolę wierzyć w to drugie. Tak czy siak, jeśli któryś z Was to czyta to dziękuję.

Chcę zaznaczyć, że w innych aspektach nie różnimy się specjalnie od całej reszty. Tak samo jemy, kochamy, cierpimy i się cieszymy. Tu KPH i spółka mają rację. I tego radzę się trzymać.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Isgalad

Zaślepienie?

Skopiowana moja wypowiedź skądinąnd.

Nie jestem ateistą, but sorry – yours arguments are invalid:

1. Bo wszyscy ateiści są źli i nie robią nic dobrego. Jaaaasne, sam mam kilku znajomych, którymi mógłbym zdementować to zdanie. Poza tym czy to nie jest często tak, że wierzący działają na tej samej zasadzie? „Ja przynajmniej znam prawdę i jestem zajebisty”? Sounds familiar?

2. Przyjmijta do wiadomości, że agnostyk to nie ateista i na odwrót. To raz. Dwa, osoba przekonana o własnej nieomylności, jest albo mega zaślepiona, albo zadufana w sobie. Trzy: a np. Chrześcijanie to na ile podkategorii się podzielili? Wiele: Katolicy, Babtyści, Świadkowie Jehowy, Kalwiniści… Żeby nie było inni robią tak samo: Buddyści, Shintaoiści, Muzułmanie…

3. Sporo ateistów, szczególnie „wojujących” zna Biblię na poziomie lepszym od sporej liczby Chrześcijan. Często nawet rozumieją ideę, ale się z nią nie zgadzają, próbują prowadzić polemikę, ale religie są w tym kiepskie. Specjalnie napisałem stereotypem. Wiecie czemu? Bo autor samego kwejka opiera się wyłącznie na nich, zarzucając jednocześnie drugiej stronie właśnie budowanie swoich opinii na stereotypach. Czyżby hipokryzja?

4. Byłoby jeszcze całkiem spoko jakby ci „ludzie popełniający błędy” potrafili się do nich przyznać. Ale funkcjonuje coś takiego jak domniemanie nieomylności Kościoła i Papieża jako namiestnika Chrystusa. No chyba, że autor kwejka to kwestionuje, ale to trąci mi nieco herezją. Ale ja się nie znam…

5. Jakby Ciebie rodzice/dziadkowie/ktokolwiek zmuszali do łażenia do buddyjskiej świątyni co tydzień, mimo, że nie wyznajesz tej religii to też nie byłbyś zachwycony. Chyba, że byłbyś… Ale wtedy jest to co najmniej dziwne.

6. Wiara ogólnie potrafi ocalić. Potrafi również zabić (vide: krucjaty, dżihad). Także miłość, lojalność, przyjaźń i nadzieja potrafią ocalić.
Kult świętych nie jest wyznawany nawet przez sporą część odłamów Chrześcijaństwa. Cuda mogą być spowodowane samą wiarą, nie faktycznym istnieniem siły wyższej. Dowodów NIE MA. Jest tylko wiara. Jeśli wiara dla autora równa się wiedzy, to słabo. Bo nie sztuką jest wiedzieć, prawdziwą sztuką jest wierzyć. A jeśli ktoś twierdzi, że wie, że Bóg istnieje, to albo jest nieco ociężały umysłowo, albo miał personalne objawienie.
Nikt też nie twierdzi, że Chrystus jako postać historyczna nie istniał. Kwestionuje się jedynie domniemanie Jego boskości. No chyba, że jakiś ateista mówi, że „Chrystus nie istniał”. Wtedy widać, że ma poważne braki w wiedzy historycznej.

7. Ateiści nie argumentują tego w ten sposób. Oni twierdzą, że działalności Boga nie da się w żaden sposób zaobserwować. Każdą domniemaną Boską interwencję da się zrzucić na karb zbiorowej lub indywidualnej halucynacji, siły wiary bądź niezbadanych właściwości ludzkiego mózgu. Przykład ze szczoteczką jest chybiony o tyle, że widać efekty jej działania i są one bezdyskusyjne – zęby masz czyste.

8. Chrześcijaństwo, a w szczególności Katolicyzm twierdzi, że ma jedyną prawdziwą rację i każdy kto myśli inaczej myli się. To powoduje agresję ze strony ateistów, bowiem są traktowani „z góry” i najczęściej nie mogą w ogóle podjąć dialogu czy dyskusji. Krytyka zaś spotyka na ogół dominującą religię na danym obszarze, więc ateiści z europy będą krytykować Chrześcijaństwo, zaś z bliskiego wschodu – muzułmanizm. To znaczy krytykowaliby, gdyby nie bali się dostać kulki w łeb. Inne religie na ogół nie są tak agresywne w narzucaniu swoich poglądów – vide Buddyzm czy Taoizm. Dlatego też nie wywołują tak silnych emocji.

Podsumowując: jako osoba wierząca w Boga potrafię bez wysiłku wytknąć tu tyle błędów logicznych i niesprawiedliwych osądów ad hoc. Ludzie! Nie wolno być głuchym. Trzeba dyskutować, a nie kłócić się. Nie sztuką jest powiedzieć w wyrafinowany sposób „Jesteś głupi, bo się ze mną nie zgadzasz”. Arogancja występuje z obu stron.

Do wpisu tego zainspirowała mnie rozmowa z Lunatykiem, który jak się okazało podobną tematykę poruszał na swoim blogu (link w polecanych), toteż Go teraz pozdrawiam. Wychodzi mi ten blog trochę o ludziach. Nie studiuję psychologii, ba studia moje są ścisłe tak, że już chyba bardziej nie mogą, a jednak ludzka natura jest dla mnie niezmiernie ciekawa. Może to dlatego, że chcę sam siebie doskonalić? Może to dlatego, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i inne osoby mają nań nieustanny wpływ? Tak czy siak wypocin moich ciąg dalszy.


Żyjemy w świecie, gdzie kłamstwo spotyka się na każdym kroku. Kłamią wszyscy (powiało Housem:D), dzieciaki, dorośli. Politycy i duchowni. Inteligencja i ludzie niewykształceni. Ty i ja. Możesz się obruszać Drogi Czytelniku, ale taka jest prawda. Czasem nie można po prostu rzucać prawdą na lewo i prawo bo może to być albo niebezpieczne albo bezduszne. Smutne. Nie o tym jednak chcę pisać. Póki zdajemy sobie sprawę z tego co mówimy, jakie ma to implikacje, konsekwencje i jak ma się to do nas samych to jest możliwie dobrze. Gorzej gdy sami siebie oszukujemy. Prowadzi to do dziwacznych i często niezdrowych sytuacji pod tytułem „W cudzym rządzie Źdźbłowa widzicie, a we własnym nie widzicie Belki”.

Hipokryzja. Jakież ciekawe zjawisko, które wynika albo z tępoty podmiotu, albo z jego przekonania o własnej wyższości. Szczerze – nie wiadomo co gorsze. Tak więc patrzę na to społeczeństwo i po raz kolejny zaliczam odjazd brwi pod sufit. Katolicy od miłości bliźniego toczą z ust pianę o głupoty (nie mówię tu o wszystkich, są dobrzy katolicy, a tamci to fanatycy – wiadomo), politycy z uśmiechem na ustach czyszczą konto narodowi coraz skuteczniej, reszta wściekła łazi choć sama nie wie na co.

Co szczególnie interesujące nasz mały homo-światek nie jest od tego zjawiska wolny. Ba! Swoje za skórą mamy. O tolerancję wołamy, równości nam się zachciewa. Na ulotkach to wygląda super, nic tylko za rączki się złapać, stworzyć ładne tęczowe kółeczko i zatańczyć w rytm skocznej melodyjki. Ale co się dzieje w środku? Na pewnym portalu dla gejów powstają grupy, podobne do tych z facebooka – ot fajna zabawa. Z tym, że kilka razy natknąłem się na mniej ciekawe przypadki, na przykład „Nie cierpię przegiętych ciot”. Przykro mi drogi panie, któryś się tam zapisał, ale dla większości społeczeństwa ty też jesteś ciota, pedał, zwyrodnialec i ogólnie zakała gatunku ludzkiego, tak więc MORDA! Kurwa mać, mało nam? Nie dość, że spychani na margines jesteśmy i tak, to musimy, po prostu nie możemy się powstrzymać, żeby nie móc się poczuć od kogoś lepszym. Działa to na zasadzie „Spoko, jestem pedałem, ale ten tam, to dopiero przegięty, jaki wstyd i w ogóle. A ja taki męski, że się nikt nie domyśli i ogólnie zarąbistością tryskam”. Tutaj jesteśmy chyba gorsi od heteryków – oni nie twierdzą, że kobiety lubiące powiedzmy ubierać się jak „na chłopaka” są gorsze od innych. Owszem, komuś się to nie podoba, to może nie umówi się z taką, ale nie będzie piętnował.

Sam wywichniętego nadgarstka nie mam (coby nie było, że tak śpiewam ze swojego powodu), ba, nie oczaruje mnie raczej chłopak z takimi tendencjami, ale to jest kwestia gustu. Nie miałbym problemów ze zwyczajnym zakumplowaniem się z kimś takim. Bądźcie ludki świadomi bardziej co robicie, kim się stajecie. Na cały świat narzekacie, że was ciemięży, a sami bata na drugiego kręcicie? Co to ma do cholery być? Kto jak kto, ale my powinniśmy trzymać się razem.

To ważne, aby przemyśleć swoje poglądy i działania – to pomoże stać się lepszym człowiekiem. Co z tym zrobisz Czytelniku, to już Twoja sprawa.

Bodaj dwa posty temu pisałem o tym, że w poszukiwaniu weny przeglądałem portale informacyjno-rozrywkowe. Pisałem też, że coś tam znalazłem, lecz uznałem, że „nudne to i głupie”. Po krótkim czasie jednak stwierdzam, że to wcale nie jest takie pewne, bo problem, który tam ujrzałem jest dość… Alarmujący i z drugiej strony żenujący. No i dość powszechny.

Otóż jakaś pani, prowadząca sobie bloga na portalu przeze mnie odwiedzonym, zadzwoniła do swojego „eks” z życzeniami imieninowymi. Tu nastąpi parafraza rozmowy, nie dosłowny cytat, bo nie pamiętam adresu bloga pani.

[P]ani: Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności, tolerancji...
[E]ksio: Nie lubię gejów.
[P]: W takim razie nie jesteś tolerancyjny.
[E]: To ty nie jesteś tolerancyjna bo nie tolerujesz tego, że ich nie lubię.

Autorka w podsumowaniu dochodzi do wniosku, że takie mamy dzisiaj czasy i taką tolerancję, że złego słowa na gejów powiedzieć nie można i trzeba się kryć z własnymi poglądami.

Ehh… To wywołuje moje autentyczne westchnienie. Od czego by tu zacząć? Nie lubię Białorusinów. Mam takich sąsiadów i za grosz spokoju. Murzynów też nie lubię. I heteryków też. Blondynów nie cierpię. A rude to wszystko fałszywe.

W dupach się ludziom przewraca, ot co. Od zawsze. Po pierwsze, ja rozumiem, że można czegoś nie pochwalać, nie cieszyć się z kolejnych gejątek dokonujących coming-outów etc. Ale czy tak ciężko zrozumieć, że to nie zależy od człowieka jaki pod względem orientacji się urodzi? Murzynów też piętnowano, bo byli w jakiś sposób inni. Większość uprzedzeń wynika z prostego zjawiska: ludzie lubią być od kogoś lepsi. Lubią wiedzieć, że jest ktoś gorszy. „Biję żonę, niedobrze, ale ten pedał spod jedynki to na pewno będzie się w piekle smażył.”

Nie można tolerować nietolerancji. To aksjomat. Inaczej dochodzi do jakiejś dziwnej, nieskończonej pętli paradoksu. Z resztą ludzie nie rozumieją samego słowa… „Tolerancja” od „tolerować”. Nie trzeba lubić czy pochwalać. Po prostu trzeba dać żyć. Jeśli Ci się coś, człowieku nie podoba to droga wolna. Bylebyś na ulicy nie wytykał palcami, na stos nie prowadził i wiecznym potępieniem nie groził. Żyj i daj żyć. Nic więcej. A, że walczymy o swoje? Dziwne? Przyjrzyj się swojemu zdziwieniu, wyjdź i przeproś świat. Każdy walczy o prawo do jak najlepszego życia dla siebie. Tylko skrajny hipokryta może mieć o to pretensje. Rozumiem, że jakby ktoś krzywdę komuś robił jakąś, to można mieć obiekcje, ba, należy je mieć! Ale tak na prawdę nic nikomu do tego z kim idę do łóżka, potem rano na zakupy i wyprowadzić psa. Bo tak na prawdę świat to gówno obchodzi. Za to zawsze znajdzie się ktoś z kompleksem. Ktoś, kto będzie chciał poczuć się lepszy.

Ostatnio jakoś często piszę. To chyba dobrze. Pozdrawiam wszystkich, którzy to-to czytają, nawet pomimo sprzecznych z moim światopoglądem czy po prostu nieprzyzwyczajonych do czytania o niektórych tematach jakie poruszam (szczególne pozdrowienia dla pewnej Kocicy, z którą rozmowa wiele mi dała).

Stryczek z dobrych chęci upleciony

Będzie poważnie i nieco kontrowersyjnie, ale pewien problem powraca do mnie co jakiś czas więc muszę go poruszyć. Nie dotknął on mnie, na szczęście, osobiście, ale wystarczająco wiele o nim słyszałem i sam znajduję się w takiej sytuacji,że łatwo mi się wczuć w poszkodowanego.

Nie chcę być monotematyczny (i chyba jak na razie nie jestem) i nie chcę, żeby ktoś mi zarzucał potem, że patrzę na świat przez pryzmat pedała<TM> (z resztą w tym kraju nie da się na świat w mojej sytuacji patrzeć inaczej, ale to materiał na osobny wpis), ale fenomen jest jak dla mnie na tyle poważny, że muszę go poruszyć. Jeśli choć jedna osoba coś dzięki temu zyska, zrozumie, to uznam to za naprawdę poważny sukces sukces.

Najbliżsi są dla nas największym zagrożeniem. Tak było, jest i będzie i trzeba z tym żyć. Nikt nie zrani tak dotkliwie jak ktoś, kogo z głębi kochamy. I nie mówię tu o romantycznej miłości (przynajmniej niekoniecznie), ale o bracie, matce przyjacielu, kimkolwiek. Najgorszym jednak pozostaje fakt, że często właśnie przyjaciołom, dzieciom czy rodzicom sami pleciemy stryczek.

Spotkałem się z kilkoma <kilkunastoma?> takimi sprawami. Głównie znalezionych w sieci, na blogach czy portalach informacyjnych, kiedy już doszło do czegoś poważniejszego.
Otóż sytuacja jest na ogół następująca: młody chłopak odkrywa, że kolega podoba mu się bardziej niż powinien. Jest to już dla takiego dzieciaka o tyle trudne,  że wychowuje się on w społeczeństwie piętnującym takie zachowania, odmawiającym męskości,a często nawet człowieczeństwa Ludziom Takiego Pokroju. Więc mamy już tego prawdopodobnie poważnie znerwicowanego, zakochanego dzieciaka. Tu scenariusz toczy się na ogół według dwóch wariantów: albo okazuje się, że uczucie jest odwzajemnione, albo i nie. Nie jest jednak aż tak istotną częścią całej historii, ponieważ na ogół wątki te znów się łączą w jeden. Mianowicie albo dzieciak przyznaje się komuś bliskiemu do swoich skłonności, albo zostaje wręcz na nich nakryty.
I tutaj właśnie często pojawia się bardzo poważny zgrzyt. Załóżmy, że poinformowany (w ten czy inny sposób) zostaje rodzic. Nierzadko dość zdarza się tak, że jest wsparcie i próba zrozumienia, co na ogół prowadzi do późniejszej akceptacji. Jednak świat nie jest miłym miejscem i nie zawsze się tak dzieje. Bywa, że opiekun z czystej troski (autentycznie, nie naigrywam się) udziela dziecku instrukcji sprowadzających się do bezwzględnej tajemnicy i dożywotniego celibatu. Pojawia się też często motyw szukania przyczyn „problemu” oraz, co gorsza, próby „leczenia”. Pół biedy, jeśli taka rodzina pójdzie do porządnego psychologa. Ba! Dobrze nawet, bo najpewniej wszyscy otrzymają tam pomoc. Gorzej, gdy napatoczy się jakiś „terapeuta”, co diabła z geja wypędzi i sprawi, że na starość będzie on ojcem gromadki dzieci i przykładnym mężem.
Przykro mi, to nie działa. Badałem problem, przeczesywałem internet wzdłuż i wszerz i wszelkie wiarygodne źródła (w tym sami pacjenci) mówiły, iż wszystkie takie „terapie” są nieskuteczne, na ogół przynoszą poważne szkody dla psychiki, a sam efekt zainteresowania płcią przeciwną jest kodowany na zasadzie zbliżonej do odruchów Pawłowa i nie utrzymuje się dłużej niż dwa-trzy lata.
Wszystko to prowadzi do bardzo przykrej sytuacji, kiedy z definicji niestabilna psychika nastolatka poddawana jest kolejnym próbom wytrzymałości, jakby zwykłego dojrzewania było mało. Wielce prawdopodobna jest depresja, poważne kompleksy i poczucie winy. Nie bawię się w psychologa, do wysnucia takich wniosków wystarczy zwykła empatia. Jeśli cała sytuacja się przedłuża, dodatkowo, rodzice wcale stuprocentowej „dobrej wiary” okazywać nie muszą (choć powinni), to istnieje opcja, że z problemu zrobi się wielkie bulgoczące siarkowodorem bagno. Pojawić się może, szczególnie u osób ze słabszą psychiką, przekonanie, że są tylko zbędnym ciężarem dla wszystkich wokoło. Stąd już tylko kroczek mały do myśli i działań autodestruktywnych. Możecie mi mówić, że dramatyzuję, że demonizuję marginalny problem. Odpowiem na to dość prosto: takie rzeczy się zdarzają. Nienauczone jeszcze życia dzieciaki kończą ze sobą w imię czegoś, czego nie pojmuję, ale w efekcie uprzedzeń i często dobrej wiary. Poza tym, jeśli choć jedna osoba w taki właśnie sposób życie straciła, to uważam, że problem jest dość ważny. Pozostawiam tekst do przemyślenia.

Uwaga: Żeby nie było niedopowiedzeń – pisząc o tym, że wymaganie „bezwzględnej tajemnicy” jest złe wcale nie namawiam do radosnych coming-outów, byłoby to z mojej strony przejawem o tyle tępoty o ile też hipokryzji. Po prostu należy wytłumaczyć dlaczego nie warto pleść na lewo i prawo co ślina na język przyniesie. Trzeba też uznać prawo do kierowania własnym życiem.