Zastanowienie przychodzi na ogół w momentach odmiennego od zwykłego stanu psychiki. Na przykład kiedy chce się spać i ledwo się na oczy patrzy, tak jak ma to miejsce teraz.

Człowiek to bardzo sprawna maszyna jednak jest. Przeżywa wstrząsy, emocjonalne i fizyczne zachwiania, jednak przeważnie po chwili wstaje, otrzepuje portki i idzie dalej przez żywota. Dystansuje się z czasem, a po kilku latach za błahe często uważa swoje dawne problemy, ba śmieje się z nich. Ciekawe zjawisko.

Sztuką więc nie jest to, żeby po różnych perturbacjach pozbierać się do kupy. Czasem się to udaje, czasem nie ale jest to bardziej cecha konstrukcyjna każdego z nas, nie osobista zasługa. Jeden jest silny, drugi słaby. I nie jest zasługą silnego, że go życie zahartowało, nie jest winą słabego, że nie umiał sobie poradzić.

Ważne natomiast jest jedno. Z każdej przygody trzeba nam coś wynieść. Czy to dobre wspomnienie, które kiedyś da nam siłę w ciemną zimową noc, kiedy będziemy sami ze sobą i swoimi demonami. Czy naukę, żeby błędów nie powtarzać w przeszłości. Czy człowieka, który stanie nam się bliski. I nie wiadomo co przyniesie nam dana sytuacja, trzeba jednak umieć spojrzeć po czasie z dystansem na swoje życie, pomyśleć chwilę, po czym rozważyć co było dobre, a co złe. Czego robić się nie powinno, a co warto powielać. Trzeba postarać się być obiektywnym. Wiem, że to trudne i dość paskudne, ale potem życie staje się nieco lepsze. My stajemy się lepsi i odrobinę mądrzejsi. Tyle ewangelii domorosłego filozofa.

Jeśli zaś chodzi o bardziej doczesną stronę życia to jestem szczęśliwym człowiekiem, gdyż stałem się posiadaczem zacnego obuwiu, niezgorszego spodzienia i nawet załatwiłem sobie okulary bardzo tanio nowe. To dobrze, bo w starych obtłuczonych wstyd już chodzić było.

Co mnie jeszcze jednocześnie cieszy i przeraża, to że jednak ktoś tu czasem wchodzi i cosik tam czyta. Mam nadzieję, że wstydu i poruty za bardzo nie sieję.

Jakiś mi taki niewinny ten post wyszedł. Może w następnym dla równowagi trochę mięsem porzucam?

Reklamy