Nie wiem jak Was, ale mnie niektóre rzeczy przerażają. Przeraża mnie to, że mój własny kraj zdaje się poligonem. Przeraża mnie to, że ludzie kochają nienawidzić. I przeraża mnie to, że nienawidzą ludzie z obu stron barykady, nie ważne jakiego konfliktu. Bo to nie jest tak, że Polska podczas II WŚ miała samych dobrych ludzi za żołnierzy i nie każdy Niemiec był wtedy nazistą. Tak samo dzieje się teraz i będzie zawsze. Mój post sprowokowało bezpośrednio miniopowiadanie pana Witolda Jabłońskiego, które przeczytałem na portalu o wiadomym targecie. I przykro mi to mówić, ale wieje to „lewicową Frondą”. Wiem, bo mój chłopak Frondę czytuje, twierdząc że robi to dla zabawy. Tak czy siak ktoś o enigmatycznym nicku Mamucha na blogu frondowskim publikował opowiadanie „Homo-pułapki„. Z opowiadań wiem, że została tam przedstawiona wizja świata (a konkretnie Polski) w niedalekiej przyszłości, gdzie dzieci od ludzi o tradycyjnych poglądach (Katolików, szczególnie zaś fundamentalistów-homofobów, przedstawianych jako wzory cnót) zabiera się dzieci, by adoptowali je homoseksualiści. Publiczny system oświaty zaszczepia jakimś sposobem w dzieciach „sodomiczne” skłonności i ogólnie homolobby w pełnej ofensywie: koszmar Prawdziwego Polaka Katolika™. Powstał więc ten twór wątpliwej sztuki i niewątpliwej propagandy, który polecam ludziom o nerwach mocniejszych niż moje. Reszta „twórczości” Mamuchy wygląda równie obiecująco, więc jeśli komuś się to-to podoba to zapraszam. Ale nie w tym sęk. Wrócę do opowiadania pana Jabłońskiego. Otóż przeczytałem i stwierdzam, że o ile może i styl niezły, interpunkcja poprawna, fabuła nawet ciekawa to… chwyty użyte takie jak u konkurencji. Czy warto zniżać się do takiego poziomu? Czy pan Witold widzi w ogóle jeszcze, że używa broni biologicznej, bo ktoś na nim użył jądrowej? 
Z drugiej strony jednak rozumiem. Nieraz jak sam przeczytam (usłyszę, zobaczę) ociekający jadem tekst mówiący mi, że ni mniej ni więcej jestem pomiotem szatana to aż się we mnie gotuje. Co bardziej „tolerancyjni” wysyłają po żółte papiery do lekarza od głowy. Nie wiem już co gorsze, w końcu ci pierwsi mają mnie za pomiot, ale za to pełnowartościowy. Nie wierzę jednak w to, żeby nienawiść mogła nienawiść zwyciężyć. Zaczepka zawsze spowoduje odwet, szczególnie jeśli jest wycelowana w jakąś grupę. Dziesięciu zdzierży, powie sobie, że głupich nie sieją, ale jedenasty będzie się chciał mścić. 
Chciałbym powiedzieć, że nasza „tęczowa” strona barykady nie ma brudnych zagrań, lecz po lekturze opowiadania, które wkłada wszystkich ludzi ze wsi w szufladkę „ciemnogród”, wierzących w pojemniczek „kato-al-kaida”, a księży stawia na małym podium z lśniącym grawerunkiem „pedofil” nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. 
Opinia jaką chcę w tym poście przekazać może nie jest ładna, nie jest estetyczna. Może w samej swej idei wydawać się niektórym obrzydliwa. Uważam bowiem, że powinniśmy być mili. Powinniśmy wypowiadać się i działać tak, żeby nikt nie mógł nam nic zarzucić, lecz  w sposób niepozostawiający cienia wątpliwości o co walczymy. Powinniśmy wykorzystywać błędy przeciwnika, wytykać mowę nienawiści gdzie to tylko możliwe. Czy jednak nasze skargi zostaną wysłuchane, jeśli sami także będziemy takiej mowy używać?

Miałem tu notkę zakończyć, jednak pragnę coś dodać, żeby nie było niedopowiedzeń:
Nie chodzi mi o to, że zawsze mamy siedzieć potulni jak baranki. Na nikczemność, okrucieństwo czy po prostu zło (bo jak nazwać na przykład zabójstwo na tle rasowym czy orientacji seksualnej) należy reagować pełnym ostracyzmem i ze stanowczością potępiać. Jednak w głos angielskiego przysłowia „stick and stones…”. Czy warto wdawać się w potyczki z agresorami? Czy warto je rozgrywać ich środkami? Z głupim nie warto się kłócić, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu i pokona doświadczeniem.

Reklamy